sobota, 29 września 2012

Malowany welon

Jesienne wieczory służą oglądaniu filmów. Zdecydowanie. 


Kiedy za oknem taka pogoda, lubię zatopić się w innym świecie. Czasami bycie molem książkowym mi się nudzi, a wtedy sięgam po dziesiątą muzę czyli film. 

Ktoś się mnie zapytał czy mam jakiś ulubiony gatunek ? Czy gustuję w czymś konkretnym ? Nie oczywiście, że nie, ale chyba jak każda kobieta lubię komedie .. wszelkiego rodzaju .. począwszy od romantycznych skończywszy na czarnych .. lubię też dramaty .. dramaty są ciekawe. 

Tym razem mój wybór padł na melodramat. Zupełnie przypadkiem wśród mojej małej kolekcji znalazłam małą prełkę. Włączyłam i chłonęłam całą sobą "Malowany welon".

Zaczęło się bardzo niewinnie. Kobieta i mężczyzna. Pola ryżowe. Wspomnienia. A tam to co lubię najbardziej. Lata 20 XXw. Piękne stroje, tajemnicze spojrzenia , bankiety i końcówka jakbym to ujęła szlachetności w zachowaniu ludzi.

W skrócie "Malowany welon " 
"Opowiada historię lekarza i jego niewiernej żony, Kitty, którzy w latach 20. XX wieku przeprowadzają się do odległej chińskiej wsi, aby walczyć z tamtejszą epidemią cholery. Kitty przeżywa tam duchowe przebudzenie i paradoksalnie wreszcie zaczyna rozumieć sens poświęcenia się dla drugiego człowieka i potęgę prawdziwych uczuć."

I tu wszystko wydawało by się jasne. Typowy melodramat. Przemiana głównej bohaterki i tyle. 
Ja jednak odebrałam film na swój dziwny sposób.
Lubię takie nietuzinkowe opowieści, a jeśli jeszcze rozgrywają się w tak pięknej scenerii to nic jak tylko oglądać i polecać. 

Kitty od samego początku wydawała mi się piękną osobą, ale zewnętrznie, coś w jej spojrzeniu sprawiało, że wiedziałam, że to typowa panna z lepszego domu. Ale w jej spojrzeniu była magia. Nie wiem czy to sprawa charakteryzacji, urody aktorki czy światła, ale od pierwszych scen wiedziałam, że ją polubię. 
Z czasem jej zachowanie balansowało w moim odczuciu z lekkim irracjonalizmem i szaleństwem, ale nadal przez te oczy wszystko jej wybaczałam. Miałam wrażenie, że wraz z nią uczę się życia w Chinach, że razem uczymy się tego świata.. i razem poznajemy jej męża.


Walter... dla samego dźwięku tego imienia warto włączyć "Malowany welon". Miałam ciary na plecach kiedy żona tak go wołała , kiedy mówiła do niego czulę, gdy wszystko miało się skończyć, ale zacznijmy od początku. Edward Norton w roli mikrobiologa zapowiada niemały sukces. Dlaczego ? Bo aktor  niezaprzeczalnie ma w sobie to coś. 
Na początku opowieści wydawał się mi lekką niezdarą, ale do czasu. Do czasu gdy w chińskiej wiosce nie znalazł się na skraju wytrzymałości. Poradził sobie doskonale, a jego spojrzenie na grającą żonę w klasztorze mogłabym podziwiać godzinami z nadzieją, że ktoś będzie tak spoglądał na mnie. 

Na uznanie zasługują też bohaterowie drugoplanowi. Nietuzinkowy i lekko komiczny pan 
Waddington. Czy zakochana  w Bogu Matka przełożona. Ale chyba najbardziej polubiłam nic nie znaczącego miłego "ochroniarza" Kitty .

Koniec. Czy zawsze koniec musi mnie tak zaskakiwać ? Sięgając po melodramat wiem jakie będzie zakończenie, ale zawsze liczę na coś innego.Zawsze ma się cichą nadzieję, że ktoś nie umrze prawda ? 
Tym razem jednak śmierć nie jest tak smutna. Nie rozpłakałam się .. 
Ale jak zawsze pomyślałam. 
Zakończenie było dziwne, ale takie filmowe. I żyli długo .. i szczęśliwie mimo, że jedno umarło.
Czy poczułam rozczarowanie ? Sama nie wiem .. bo ostatnie słowa bohaterki pokazują jak bardzo się zmieniła.

Już teraz poszukuję z zapartym tchem książki "Malowany welon "William Somerset Maugham . Czy ktoś może ją czytał ? A może wie gdzie mogłabym ją znaleźć ? I czy warto? Oczywiście czuję, że książka będzie inna, ale mimo wszystko chciałaby poznać pierwowzór. 

Jesli macie chwilkę czasu .. chcecie obejrzeć historię jak ja to nazywam monotonną w swej prostocie, ale jakże ciekawą, "Malowany welon" jest dla was .

Gdyby ktoś wiedział gdzie można dostać książkę, będę bardzo wdzięczna !

Film : "Malowany welon" 2006 reż John Curran.

6 komentarzy:

  1. Kochana! Czytam, czytam i czuję jakbym to ja napisała ten post. Generalnie zrobiłam to samo, jakiś czas temu obejrzałam film. Uwielbiam scenę, gdy Walter akceptuje informację o dziecku Kitty nie będąc pewnym, że to on jest ojcem. Piękna scena to także ta, w której lądują razem w łóżku, już dłużej nie mogą udawać, że nic ich nie łączy.

    Z książką muszę Ci powiedzieć jest nieco gorzej. Wielu scen tam po prostu nie ma. Jest uboższa i nienajlepsza. Powtórzę to, co napisałam o niej na Lubimy Czytać: "Dobra książka, z której John Curran [reżyser] zrobił bardzo dobry film".

    Czy widziałaś może film pt. "Dom nad jeziorem"?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm .. oj widzę, że mamy podobne odczucia :D

      Filmu nie widziałam, ale wnioskuję, że warto nadrobić :)

      Usuń
  2. Nie kojarzę filmu... Hmmm. na razie jestem na etapie seriali. Poznaję Castle i Supernatural. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przepadam za melodramatami, ale jeżeli kiedyś będzie leciał w telewizji to może...

    OdpowiedzUsuń
  4. Coś o tym filmie słyszałam i choć za melodramatami nie przepadam, ten wydaje mi się idealny na deszczowy jesienny wieczór.

    A co do książki, widzę dwa egzemplarze na portalu finta.pl. Jeżeli go nie znasz, to taka platforma wymiany książek, którą zresztą polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oglądałam i bardzo mi się podobał :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas i jeszcze bardziej dziękuję za komentarz, jaki napisałeś.