wtorek, 29 stycznia 2013

Hobbit: Niezwykła podróż

Hobbit: Niezwykła podróż.. czyli o tym jak zarobić i zdenerwować widza! 


Och chyba nie muszę nikomu streszczać filmu. Nie muszę mówić o czym jest, kogo tutaj zobaczymy, bo nawet jeśli nie czytaliście książki to jestem pewna, że oglądaliście Władcę Pierścienia, albo chociaż słyszeliście o sympatycznym niziołku Frodo, ratującym Śródziemie. Jeśli się skupicie, przypomnicie sobie pewnego Hobbita, jego czuprynę przykryła siwizna, nie ma już w nim tyle radości, ale nadal widzimy błysk w oku i chęć poznania świata. Tak to właśnie on ma na palcu magiczny "pierścionek" wiecie już o kim mowa? 
Oczywiście, że wiecie, a nawet jeśli nie to sam początek filmu wam to przypomni. Od pierwszych sekund filmu masz wrażenie, że minęła chwilka nim opuściłeś Śródziemie. Mija sekunda normalnego życie i nagle ..  niespodziewanie wróciłeś.. cofasz się w czasie.. czy warto? To się okażę. 


Nim jednak rozpoczniesz swoją przygodę z nowym filmem Petera Jacksonem uzbrój się w cierpliwość przyjacielu, bo czeka Cię ponad dwu godzinny seans, w trakcie którego właściwie nie dowiedziesz się niczego nowego. 

Ja osobiście po godzinie byłam już zniesmaczona rozciągliwością opowieści Petera. Naprawdę było trzeba z Hobbita robić taki tasiemiec? Zastanówmy się trzy części Władcy Pierścienia miały naprawdę więcej stron niż jedna część Hobbita? Ale przecież.. trzeba zarobić prawda? Po co zamykać jedną opowieści w jednym filmie skoro można zrobić z niego dwa? Po co skupić się na wędrówce, przygodach, skoro można opowiedzieć mnóstwo historii z życia krasnali, dodać kilka dziwnych wątków.. których właściwie nigdy nie przeczytałam w książkach Tolkiena.. a może były, a ja jestem nie uważnym czytelnikiem? 


Ciągle słyszę, że Śródziemie z Władcy Pierścienia prawie wcale się nie zmieniło od Sródziemia z Hobbita. 
Ale mi się wydaję, że bardzo się zmieniło. Nie wiem ile w tym zasługi nowej technologi. Ile zasługi cofnięcia się w czasie 60 lat do tyłu, ile zasługi w tym 400 letniego pokoju, a ile zasługi ciszy i spokoju? 
Ciężko mi było skupić się na filmie, kiedy przed moim oczami ukazywała się tak dobra grafika? Nie wiem czy takie słowo działa gdy używamy go do filmów. Gra komputerowa? Czemu nie momentami Hobbit właśnie ją przypomina. 
Szkliste oczy Golluma, tak rażące, że musiałam odwracać wzrok! Czyżby młodszy "stwór" był aż tak piękny? Czy Śródziemie dawniej było tak idealne, dopracowanie, że aż momentami sztuczne? Czy może był to zabieg przypadkowy? Podkręćmy jakąś gałeczką, a może osiągniemy efekt zniewalający, bo przecież mamy tak wielki budżet na film, że nikt się nie zorientuję  że pobawiliśmy się troszeczkę w komputrze, jakimś programem prawda? 
Bo przecież nikt nie będzie wiedział, że każdy włosek na brodzie krasnala musieliśmy robić osobno, żeby efekt był aż tak dobry. Ale czy dobry? Przepraszam jestem szarym widzem, fanem Tolkiena, fanem Petera w WP, ale chyba nie zostanę fanem Petera w Hobbicie. 



Dobra już chyba wystarczy narzekania na Jaksona prawda? Co ja mogę poradzić na to, że facet chciał być najlepszy, chciał by jego kolejny film był jeszcze lepszy? 
Udało mu się to momentami. Po pierwsze jak on to robi, że dobiera tak świetnych aktorów? Jak on to robi, że patrząc na nich chcesz krzyczeć z zachwytu, a twoje serce wywraca się i bije jak oszalałe. Jak on to robi, że krasnale mają takie głosy? Że twoje uszy czują się wreszcie dopieszczone. Jak on to robi? Że nawet stary dobry Gandalf, zachwyca? Dobra znalazłam jeszcze jedną wadę.. chyba wadę.. bo jak on to zrobił, że nagle orkowie przeszli jakąś mutację i są tacy wielcy? Może 60 lat wstecz byli tacy właśnie, ja nie wnikam.. świat mutuję przecież... 

To nie zmienia faktu, że mam nowego ulubionego bohatera. Już czytając książkę Thorin Dębowa Tarcza wydawał się taki interesujący. Wiem widziałam ten wasz uśmieszek. Wiem, że każda normalna kobieta go polubi, ale to nie moja wina, że tak strasznie przypomina Aragorna Jest równie dumy i waleczny. Polubiłam też pana Bagginsa za tą jego niezdarność.. prawie jak Hobbity w Władcy Pierścienia. 

Ale serio Galadriel przeraża jeszcze bardziej niż w Trylogii. Nadal jest władcza i taka współczesna pani bizneswomen, która nie da sobie w kaszę napluć. Serio.. uwielbiam ją. Gorzej z innymi elfami, bo jak zawsze są dumni i idealni tacy .. pewni siebie, że aż człowieka coś trafia. 

A tak ni z gruchy ni z pietruchy ...osobiście polecam wam wersję oryginalną. Jako wielki fan twórczości Tolkiena obejrzałam Hobbita aż trzy razy. Z dubbingiem, napisami i oryginalną wersję. Namęczyłam się w tej angielszczyźnie co nie miara, ale było warto. Z resztą chyba zawsze oryginał jest lepszy. Mimo to jeśli wasz jest tak słaby jak mój, to najpierw polecam napisy. Dubbing zdecydowanie nie. Chociaż piosenki krasnali (których było za mało!) w polskim wykonaniu też są niezłe. 




Ogólnie to jestem zadowolona. Może liczyłam na coś więcej. Cała ta aura tajemniczości, nie wiedzy, nie zdecydowania, podsycania ciekawości fanów przez Petera, sprawiła, że liczyłam na coś normalniejszego? 
Nie wiem nawet jak to określić. Właściwie nie ma do czego się przyczepić, a właściwie jest do wszystkiego. 
Czasami chyba trzeba cieszyć się filmem, bez większych analiz. Dać się porwać do Śródziemia i wyłączyć myślenie o realnym świecie, bo inaczej nie damy rady cieszyć się pięknem filmu, a będziemy źli na siebie, że poświeciliśmy mu aż ponad dwie godziny.






piątek, 18 stycznia 2013

Nietykalni



Nietykalni 


"Ta historia zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi. "





Francuskie komedie to coś co uwielbiam. Francuskie filmy czy francuskie słowa do balsam dla duszy, ale co mam myśleć gdy widzę na plakacie czarnoskórego mężczyznę i niepełnosprawną osobę. Zastanawiam się czy nie obejrzeć? Oczywiście, że nie. Po prostu zaintrygowana oglądam!

Prawdziwa historia? Totalna radość? 
Nie jestem do końca pewna tych haseł. Rzeczywiście historia w filmie była nadzwyczajnie inna... pokazała, że ludzie niepełnosprawni wcale nie potrzebują cackania się z nimi, a raczej pełnej swobody i spontaniczności. Co do radości? Radości to tutaj nie brakuję. Oczywiście, nie każdy żart był śmieszny, ale nie wymagam zbyt dużo, bo z zasady komedie rzadko mnie bawią.

Zdecydowanie jest to film, który zaciekawi każdego. Nie jestem pewna czy powali każdego na kolana, ale rozśmieszy sprawi, że się uśmiechniemy. 
Mnie osobiście denerwowała trochę gra aktorska i ogólnie sposób nagrania niektórych scen.. sposób prowadzenia kamery, sprawił, że bolały mnie oczy. Trudno to jakoś jasno wytłumaczyć, pewnie nikt inny tego nie zauważył, ale mnie to wkurzało.

Zawiodłam się również na zakończeniu, ale chyba tak musiało być, żebym jakoś lepiej zapamiętała całą historię. 
Film bardzo na tak! Bardzo na zimowe popołudnie. Dla wszystkich. Na poprawę humoru zdecydowanie. 



________________________________________________________________________________
Minimalizacja musi stać się moim drugim imieniem. Nie mam weny, czasu i chęci. Wpadam tu rzadko, nie wiem kiedy pojawię się znowu. Wybaczcie, ale koniec semestru, zbliżające się ferie, brak zapału do wszystkiego, błogie lenistwo. 
Miłych chwil kochani!


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Cierpiałam..

Króciutko, bo szkoda mi słów. 


"Cierpienia młodego Wertera" J.W. Goethe 

"Czołowe dzieło niemieckiego "Pokolenia Burzy i Naporu". Goethe tworzy model bohatera, zwanego bohaterem werterowskim. Wydanie tej książeczki zaowocowało "gorączką werterowską", czyli falą samobójstw, zainspirowanych tą książeczką. Książka wzbogacona jest o wstęp, który zawiera wnikliwą analizę utworu, inspiracji i okoliczności, jakie wpłynęły na jego powstanie oraz oddziaływania powieści na twórczość innych pisarzy epoki romantyzmu"



"Będziecie cierpieć z Werterem!" Usłyszałam, gdy tylko w moje ręce wpadła, a raczej została siłą wepchnięta książka Goethego. Postanowiłam jednak nie zważać na słowa innych, przeczytać tą krótką powieść, bo wydawało mi się, że w porównaniu do "Potopu" będzie to miła, cieńsza odmiana lektury szkolnej. 
Ależ się zawiodłam. Sto stron powieści było dla mnie istną torturą. Nie przepadam za historiami, w których człowiek, aż tak się na sobą użala. Jego życie jest wielką porażką, w jego mniemaniu oczywiście. 
A jeszcze gdy młody mężczyzna z powodu zawodu miłosnego się zabija, mam ochotę walnąć się w łeb,albo jak on sobie strzelić. 
Czasami sama mam gorsze dni. Pewnie w tedy męczę jak Werter, ale nie jestem chyba aż tak słaba, by się zabić! Dla mnie samobójstwo to podanie się. Tak ty oczywiście odejdziesz spokojnie, ale co z twoimi bliskimi? Jak można być tak wielkim egoistą. Ty już nic nie poczujesz... Ci to pozostaną przeżyją tragedię.


Miało być krótko więc będzie. Nie, zdecydowanie nie. Właściwie "Cierpienia młodego Wertera" nic mi nie dały. Zirytowały dołującym bohaterem.. zmęczyły fabułą i zniesmaczyły zakończeniem. Nie rozumiem jak można było kiedyś z powodu tej książki popełnić samobójstwo? 

Przecież po burzy zawsze wychodzi słońce. Dzisiaj deszcz, jutro błękitne niebo. Nie wolno się poddawać. Nie traćmy nigdy nadziei. 


Po raz kolejny proszę o wybaczenie. Nawet nie wiem co powiedzieć na swoje usprawiedliwienie. Nie mam kiedy wpadać na swój blog, a co dopiero na wasze. Wybaczcie. 


czwartek, 3 stycznia 2013

Uwielbiam

Pomyślałam, że nie chcę, żeby panowała tutaj cisza.
Książki jakoś się nie czytają.
Nie mam weny i chęci.. może nadrobię..

Pomyślałam,że dodam piosenkę... hit numer jeden tego rocznego Sylwestra.
Przyznać się kto śpiewał i tańczył?

Miłego wieczoru kochani !
Jutro przecież już piątek i weekend!