środa, 31 lipca 2013

Stos#4

Dobra. Przegięłam. Serio. Prezentowałam na początku stosik na wakacje. Oczywiście nie przeczytałam wszystkiego, ale żeby było ciekawiej zawaliłam się kolejnymi książkami, które nawiasem mówiąc już mnie oczarowały i kilka przeczytałam.

Chyba wybrałam sobie ostatnio za ciężkie lektury, bo czuję się nimi przytłoczona. Dlatego staram się zabijać sobie czas czymś lekkim. I tak kolejny stosik mam już prawie przeczytany, podczas gdy stary jakoś mi nie idzie. Myślałam, że w wakacje będę mieć dużo czasu, a tu niespodzianka. Nie mam prawie wcale. Dobrze, że cierpię ostatnio na bezsenność to chociaż sobie nadrobię.

A więc ja pierwszym zdjęciu:



„Niezgodna” Veronica Roth wyd. Amber -przeczytana, recenzja napisana. Niedługo się pojawi -pożyczona
„Przez burzę ognia” Veronica Rossi wyd. Otwarte- pożyczona
„Przędza”- Gennifer Albin wyd. Literackie -pożyczona




Na drugim zaś :
„Sekret Juli”Tahereh Mafi wyd. Otwarte- pożyczona
„Zbuntowana” Veronica Roth wyd. Amber – również przeczytana, a recenzja się piszę.. pojawi się razem z pierwszą częścią – pożyczona
„Bunt bogini” Josephine Angelini wyd. Amber – ostatnia część jednej z moich ulubionych Trylogii. Pochłonięta w jeden dzień. Niedługo recenzja – własna
„Magiczna gondola” Eva Voller wyd. Egmont- własna

Jednym słowem.. bardzo lekkie lektury zagościły u mnie w domu i chyba takie lubię najbardziej. Nie mogę z nich wyrosnąć. Chociaż się staram i czytam „cięższe” książki, ale one mi jakoś nie idą, dlatego taka pustka tutaj i musiałam dodać stosik.


Znaleźliście coś dla siebie? Polecacie coś? :D  

niedziela, 28 lipca 2013

"W zwierciadle, niejasno" Jostein Gaarder


To zdecydowanie nie książka dla młodzieży i dzieci, chociaż tak głosi napis z tyłu okładki. "W zwierciadle nie jasno" jest to opowieść z drugim dnem, bardzo filozoficzna i refleksyjna, ale mogłam się tego spodziewać, bo przecież autorem jest sam Gaarder. Uwielbiam go po "Świecie Zofii", więc gdy zobaczyłam tą niewielką książeczkę w bibliotece, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. 

"W zwierciadle niejasno" uznałabym raczej za opowiastkę, czy opowiadanie, historię ku pokrzepieniu serc. 

„Urodzić się znaczy to samo, co dostać w prezencie cały świat.”

Na oczach czytelnika rozgrywa się dramat rodzinny-choroba dziecka... 
Cecylia jest bardzo chora, między wierszami można wyczytać, że od dawna i nieuleczalnie. Gaarder jednak nie napisał z czym zmaga się dziewczynka, tak jakby chciał uczynić historię bardziej uniwersalną i podkreślić, że każde dziecko może to spotkać. 

Sto dziewięćdziesiąt jeden stron, minus kilka na obrazki, to historia drogi Cecylii ku wieczności. Gdy traci nadzieję i zaczyna wątpić pojawia się anioł. Ariel sprawia, że dziewczynka znowu się śmieje i spełnia swoje marzenia. 

„Sny potrzebne są nam po to, żeby oderwać się od rzeczywistości.”

Momentami, gdy zaczynałam rozumieć, że są to ostanie chwile dziewczynki, czułam, że życie nie jest sprawiedliwe.  Ja tylko czytałam o chorobie dziecka, ale niektórzy muszą to przeżyć i z całego serca chciałabym wysłać im takiego anioła, bo w książce on pomógł Cecylii, ale w prawdziwym życiu wydaję mi się, że przydałby się całej rodzinie.  

Gaarder po raz kolejny mnie zaskoczył i zadziwił. Sprawił, że zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam o tym wszystkim co mam i co mogę stracić. 

„Być może robi nam się smutno na widok czegoś pięknego, ponieważ wiemy, że to nie będzie trwało wiecznie. A widząc coś brzydkiego, śmiejemy się, bo rozumiemy, że to tylko udawanie."

Chciałabym, aby powstawało więcej takich książek. Zdecydowanie! 

Książka: "W zwierciadle, niejasno" Jaostein Gaarder wyd. Jacek Santorski& CO Wydawnictwo 1998 str.191

piątek, 26 lipca 2013

To mnie kręci, nie kręci... kręci? Hę?



Spotkali się na studiach, zakochali się w sobie, pobrali się, a po pewnym czasie urodził im się syn. Co w tym dziwnego? Teoretycznie nic, ale gdy on jest księciem, a ona dziewczyną z ludu nic nie może być proste i zwyczajne.

Wszyscy znamy historię Kate i Williama. Nie będę się tutaj rozpisywać nad tym jaką ciężką drogę przeszli by, być razem i nie, wcale nie będę porównywać tego wszystkiego do współczesnej wersji Kopciuszka. Już chyba każdy możliwy człowiek na ziemi wypowiedział się na temat tych dwojga i ja to pominę.

Jasne, że im cholernie zazdroszczę, jasne, że po napisaniu tych słów pukam się w głowę i mówię sobie, że nie ma czego zazdrościć, bo te obowiązki, media, etykieta itd. itd. Miło jednak mi się na nich patrzy i kurcze mam w głowie wielki napis PRAWDZIWA MIŁOŚĆ ISTNIEJE!

Dobra już się nie rozczulam, ale tak uważam, iż to jest strasznie słodkie i bardzo im kibicuję!

Chciałam dzisiaj poruszyć temat- narodziny ich syna.
Sama nie wiem jak mam się do tego odnosić. Kurczę. Przez kilka dni nie używałam komputera, nie miałam dostępu do TV, miałam tylko radio i jakieś urywki rozmów ludzi i wszyscy nagle zaczęli mówić o tym maleństwie i o tym, że Kate miała brzuch jak wyszła ze szpitala.

Błagam! Ludzie... co się z nami(tak z nami, bo skoro o tym piszę to ze mną też coś nie tak) dzieje?! Uszczypnijcie mnie, bo nie wierzę. Jak nie podniecaliśmy całym ich ślubem to teraz tym dzieckiem.

Royal baby(zostanie dla mnie chyba już tak na zawsze, bo to tak fajnie brzmi) to tylko, albo aż małe dziecko. Przyszłość Wielkiej Brytanii.. Rozmawiałam z kolegą z Anglii i wiem, że Anglicy mają zupełnie inne podejście do rodziny królewskiej i rozumiem to całe bum, wokół tego wszystkiego, średnio rozumiem bum na całym świecie. Czy wszyscy podniecali się tak dzieckiem nie wiem księcia w Dani?

Powiem szczerze, że mnie ciekawiło jak będzie się ten maluch nazywał.. nie wiem czemu.. po prostu. Czuję ogromną sympatię do Kate i miałam nadzieję, że nie zwariuje i jakoś je tam nazwie normalnie … George Alexander Louis są okej, chociaż jak ten dzieciak dorośnie i będzie królem to może zmienić sobie imię więc nie wiem gdzie tu sens.

Głupio to zabrzmi, ale chciałabym, żeby ten maluch był podobny do wujka Harry'ego i utarł im wszystkim nosy. Chciałabym, żeby kiedyś się tak wszyscy zachwycali moim dzieckiem i żeby robiono tyle szumu przy każdym bobasie, bo nie wiem zbytnio czym George różni się od innych?
Będzie królem?! Boże.. jak dobrze pójdzie to wieku siedemdziesięciu lat..


Więc puknijmy się wszyscy w czółko i dajmy żyć i jemu i rodzicom, bo skończy się jak z Dianą. Przesadzam?! Możliwe, ale strasznie mnie to wszystko wkurza!  


czwartek, 18 lipca 2013

„Miłość w czasach zarazy” Gabriel Garcia Marquez


Jak miło mieć wakacje. Jak miło sączyć zimną colę, zajadać się słodyczami i czytać książkę w blasku zachodzącego słońca. Nie wcale nie są to moje marzenia. To moja rzeczywistość.

Tym razem na ostrze noża wybrałam powieść Marqueza. Powinnam teraz napisać recenzję, ale prawda jest taka, że nie wiem, co mam powiedzieć.

„Słuchając jej sennych wynurzeń, powoli, stopniowo składał kawałkami mapę żeglugi jej snów, wpływając między liczne wyspy jej sekretnego życia.”

Książkę czytało mi się bardzo ciężko, ale równocześnie czerpałam z tego wielką radość. Marquez ma świetny styl, język jakim się posługuje jest uroczy i pełen humoru, a historia jaką opowiada ma w sobie wiele ciepła i czegoś co mnie w pewien sposób zauroczyło, ale również bardzo wymęczyło.

Momentami powieść mnie nudziła i miałam wrażenie, że nie jest dla mnie. Musiałam ją sobie dawkować, bo czułam się przytłoczona(czy ja za często się tak nie czuję?)

„Miłość w czasach zarazy” to teoretycznie opowieść o miłości, ale mi się wydaję, że to historia życie dwojga ludzi, którzy nie mogli być razem. To swego rodzaju testament i świadectwo życia ludzi u kresu swych dni. Podsumowanie i próba oceny życia, które może wydawać się stracone, ale w przypadku mężczyzny miało cięgle jeden cel.. połączyć się z Ferminą.

„Człowiek powinien mieć dwie żony, jedną do miłości, a drugą do przyszywania guzików.”

Nie chcę napisać nic więcej, bo książka wydaję mi się bardzo intymna i osobista. Czułam jak wkraczałam w życie bohaterów i mam wrażenie, że jeśli postaram się ją trzeźwo ocenić, to cały jej urok gdzieś mi umknie.

Książka: „Miłość w czasach zarazy” Gabriel Garcia Marquez wyd. Muza 2011 str.494

wtorek, 16 lipca 2013

"Hansel i Gretel: Łowcy czarownic”


Pamiętacie opowieść o Jasiu i Małgosi? Pamiętacie złą czarownicę i domek z piernika? Wiecie co później stało się z dziećmi? Nie? Chcecie poznać ich prawdziwą historię? Jeśli tak to zapraszam do obejrzenia najnowszego filmu z serii „stara bajka w nowej wersji”

Gretel i Hansel poznajemy jako rodzeństwo, które zostaje porzucone przez rodziców, a pozorne schronienie odnajduje w niewielkiej chatce z piernika, gdzie odkrywa najlepszy sposób na zabicie czarownicy. I tak mijają lata, a dzieciaki stają się dorosłymi, którzy za sprawą gazet zyskują sławę i tak trafiają do miasteczka, gdzie wszystko nabiera nowego sensu.

Śmieszność i dziwność to pierwsze słowa jakie mam w głowie, gdy myślę o „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” dodałabym może jeszcze groteska, ale obawiam się, że to by było nadinterpretacją, a może nie?



Zdecydowanie nie jest to horror. Krew leje się prawie jak w filmach Tarantino po całym ekranie, ale wygląda to tak zabawnie, że jak głupia śmiałam się do ekranu. Styl bycia „Jasia” jest również niczego sobie. Troszeczkę cwaniak, troszeczkę silny boy z dużym poczuciem czarnego humoru, a do tego „Małgosia” odrobinę pewna siebie z wielką klasą dziewczyna, która nie da sobie w kaszę napluć. Jednym słowem śmieszna para głównych bohaterów. Dodajmy do tego czarownice-klauny, biegające jak oszalałe po lesie i mamy istną komedię!


Prawdę mówiąc nie wiem jak ocenić ten film. Z jednej strony nie zmarnowałam czasu, jaki poświęciłam na oglądanie, ale z drugiej strony robiłam do niego dwa podejścia, bo za pierwszym razem usnęłam. Zastanawiające jest czy byłam po prostu tak zmęczona, czy też opowieść o Łowcach tak mnie wynudziła?

Chyba nie. Pierwszy raz od bardzo dawna szczerze się uśmiałam. To naprawdę podejrzane, że film, który miał być straszny okazał się czymś co mnie całkowicie zrelaksowało. Dziwnie pisać o czymś, co określali mianem „najbardziej krwawym i przerażającym widowiskiem”, jako lekka komedia. Chociaż z drugiej strony taki „Zmierzch” też określają mianem horroru, a czy tam coś jest strasznego? :)


Film: „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” reż T. Wirkola 2013

niedziela, 14 lipca 2013

Rok? Och...





Tak dobrze widzicie. Szepty Wyobraźni obchodzą swoje pierwsze urodziny. Powinnam wyprawić urodziny z tortem, szampanem i wielką pompą, ale niestety lub stety jestem biedną licealistką i ograniczam swoje wydatki.

Chciałabym z tego miejsca nie cieszyć się jak głupia, że moja przygoda trwa już rok, a zapał wcale nie ostygł, że książek przybywa, a czasu ubywa. Nie. Daruję sobie to, bo jaki tego jest sens?

Chciałabym z tego miejsca ślicznie podziękować wszystkim moim czytelnikom! I tym, którzy zajrzeli tu raz i tym, którzy trwają przy mnie i zostawiają ślad pod każdym moim postem. Nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo się cieszę, gdy zobaczę komentarz, chwilę po tym jak coś dodam. Nie wiecie jak wyczekuję tego, że ktoś coś przeczyta i podzieli się swoim zdaniem. Plotę może banały czy jak to tam nazwać, ale taka jest prawda. Jaki sens ma prowadzenie bloga dla samej siebie? Nigdy nie zastanawiałam się czy pomogłam komuś czy wręcz przeciwnie. Czasami mam taką nadzieję, a czasami wolę nie, bo moje zdanie nie powinno nikogo zniechęcać, bo tyle gustów ile ludzi na ziemi.


Pozwolicie, że teraz tak bardzo osobiście podziękuję kilku osobom?

Po pierwsze eM! Tak wiem, że pewnie się tego nie spodziewasz, czy co tam, ale... kiedy zaczynałam moją przygodę.. odkryłam twój blog i tak jakoś się potoczyło, że wymieniłyśmy kilka wiadomości i utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że Szepty Wyobraźni mają jakiś sens. Pamiętasz jeszcze, że męczyłam Cię dziwnymi rozkminami..na temat chociażby seriali? :D *

Po drugie Antyśce! Tak właśnie tobie, bo ratujesz czasami mój gust czytelniczy troszeczkę bardziej ambitnymi książkami. Potrafisz podrzucić mi książkę tylko dlatego, że jej nie czytałam. I zawsze widzę kilka zdań od ciebie, gdzieś pod moimi wypocinami, zdań w których utwierdzasz mnie w przekonaniu, że są na świecie przemili ludzie! *

Po trzecie, czwarte, piąte,szóste,siódme i ósme ... Gosiarreli, Monice Zbozień, Miłośniczce Książek(Sylwii Węgielewskiej) Magdzie K-ska, Natuli i bezrobotnej.pl bo może tego nie wiecie, ale to właśnie wasze blogi zainspirowały mnie rok temu, żeby założyć swój własny kącik. Prowadzicie naprawdę świetne blogi i może kiedyś mój będzie podobny? :D *

Wspomnę jeszcze o Dżejer Carmen, Madame K, Vibi, Agacie Jarzębowskiej, Perry, Pauli i StrawCherry właśnie wasze nicki często widzę gdzieś tam w komentarzach, co prawda wasze blogi zdecydowanie za rzadko odwiedzam, ale dziękuję, że chociaż wy nie zaniedbujecie mnie tak jak ja was. *

Na sam już koniec chcę wspomnieć o Agnieszce D (Sol),Marcie Korneli, Larysie,Sophie di Angelo i
Wiedźmie. To wasze blogi widzę najczęściej w statystykach. To dzięki waszej „promocji” czytelnicy trafiają do mnie. Dziękuję. *

Przepraszam.. na pewno kogoś pominęłam. Na pewno kogoś uraziłam, że o nim nie wspomniałam, ale po prostu napisałam o tych, którzy w jakiś szczególny sposób „wpadli” do mojej głowy. Nie potrafię tego wyjaśnić. Doskonale wiecie, że cenię sobie wszystkie opinie i komentarze na równi. Po prostu.. za rok umieszczę tutaj innych zgoda?

Na sam koniec tego mało składnego postu muszę powiedzieć, że ten rok dał mi naprawdę wiele. Rozwinęłam się pod względem czytelniczym. Poznałam i odkryłam wiele nowych autorów i książek. Zaczęłam chyba lepiej sobie radzić z pisaniem rożnych rzeczy(chociaż co do tego nie jestem pewna). Coś co miało być wakacyjną przygodą przerodziło się w wielką pasję.

Fakt, że czasami coś mnie trafia, jak okazuję się, że robię coś, tylko po to, żeby to opisać, albo, że zaczęłam jakiś cykl postów czy akcji, ale zapomniałam o nich. Moja nie konsekwentność czasami mnie dobijała. Mimo to byliście przez to rok i chylę czoła, że wytrwaliście.

A co do tej imprezy urodzinowej.. kiedyś się tam umówimy!
Trzymajcie się cieplutko!


*wybaczcie, będzie bez linków do dziewczyn, bo taka ładna pogoda, że nie mam jak i kiedy powkładać linki do ich blogów. Ale pamiętajcie warto tam zajrzeć! :D  

sobota, 13 lipca 2013

To mnie (nie) kręci


Smażing, plażing, leżing, spacering, laptoping, leniuching czy łomżing.
Znacie te dziwne słowa? Znacie. Ostatnio mam wrażenie, że wszyscy zaczęli ich używać. Nie wiem czy to wina słońca czy głupoty ludzkiej, ale widzę co raz więcej takich słów.

Weszłam przed chwilą na facebooka,widzę zdjęcie pięknej dziewczyny oraz podpis..
„smażing, plażing, leżing” i aż się we mnie zagotowało. Nie można było napisać.. „smażę się, leżę na plaży?” nie chyba nie można, bo przecież angielszczyzna tak ładnie wygląda.

Jesteśmy Polakami mamy taki piękny język, po co używać jakiś dziwnych słów? Nie zaprzeczam, że i ja potrafię wrzucić do mojego słownika jakiś wyraz z angielskiego, niemieckiego czy francuskiego, ale bez przesady.

Cały ten -ing. Na końcu każdego wyrazu na maksa mnie irytuje.

A skoro tak już zaczęłam o smażeniu się i plażowaniu to łapcie kilka zdjęć i trzymajcie kciuki, żeby za tydzień było nieprzyzwoicie ciepło nad morzem, bo jak ja mam się opalać w deszczu?








A wy jakie macie plany ja wokację? A może już jesteście po? :D 

czwartek, 11 lipca 2013

„Zamek z piasku, który runął” Stieg Larsson





Nie będę i nie chcę nic napisać o tym, czy warto czy nie warto, przeczytać trzecią część Trylogii
Milenium, bo jeśli ktoś nie zna dwóch poprzednich to niech cofnie się do tamtych recenzji i zastanowi się czy chce mieć do czynienia z kryminałami Larssona.

Właściwie to nie mam nic do powiedzenia. Kolejna część to po prostu kontynuacja i wielki finał. Bohaterowie praktycznie się nie zmieniają, akcja toczy się jak flaki z olejem, a na samym końcu mknie jak szalona. Autor żongluję narracją jak opętany. Raz mamy do czynienia z Lisbeth, później z jakimś policjantem, później z adwokatem, a jeszcze później z kimś innym. To odrobinę mieszało mi w głowie, ale jak sobie wszystko poskładałam to dobrze, że Stieg zastosował taki zabieg, bo nie chciałabym czytać przez pół książki o pobycie w szpitalu

„Zamek z piasku, który runął” to dla mnie przede wszystkim opowieść polityczna. Strasznie dużo tutaj różnych nawiązań do rządu, do tajnych służb i innych dziwnych rzeczy, często dla mnie zupełnie nie zrozumiałych.

Dla całej serii charakterystyczny jest suchy język Larssona. Nie ma tutaj miejsca na rozczulanie się nad bohaterami, są oni po prostu przedstawiani, tak samo jak cała fabuła. Prawdę jest, że troszeczkę mniej tutaj „opisów lodówek”, ale za to straszne duże wstępy przy opisie nowej postaci. Historia jej życia i te klimaty.

„Tak to wygląda. Rodzimy się. Żyjemy. Starzejemy się. Umieramy. Zrobił swoje. Jedyne co pozostało, to rozkład.”

Prawdę mówiąc mało się skupiałam na parze głównych bohaterów i głównym wątku kryminalnym. Wszystko zaczyna nabierać kształtów dopiero na samym końcu i jakoś nie miałam kiedy się tym nacieszyć. Dodatkowo znowu czułam jakieś takie dziwne zmęczenie czytając serię Milenium. Z jednej strony są to książki, które polecam i które mi się naprawdę dobrze czytało, ale z drugiej strony strasznie mnie one zdołowały i sprawiły, że byłam lekko otępiała. To trochę tak jak musisz się za dużo uczyć, widzisz efekt, ale jesteś tak padnięty, że właściwie tak nie zdasz na pięć. Ech., głupi przykład, ale po prostu nie wiem jak to lepiej zobrazować. Muszę też zaznaczyć, że „Zamek z piasku, który runął” to najsłabsza z książek z Larssona

Podsumowując cała seria Milenium jest dla każdego. Skoro ja, która nie czyta kryminałów, zbyt namiętnie przez nią przebrnęła to jest dla wszystkich. Poza tym czasami miałam wrażenie, że książką bliżej do obyczajówek czy thrillerów niż kryminałów.
Polecam i zapewniam, że to nie będzie zmarnowany czas.


Książka: „Zamek z piasku, który runął” Stieg Larsson wyd. Czarna Owca str, 784



wtorek, 9 lipca 2013

"Świat podziemi" Meg Cabot


Oj znowu połknęłam książkę dla młodzieży.. Przyznaję bez bicia.. tylko to potrafię czytać. Trudno. Przeżyjemy. Kiedyś dorosnę.. kiedyś na pewno 

Kolejne spotkanie z bohaterami Meg Cabot. Kolejne udane spotkanie, muszę to podkreślić. Nie spodziewałam się, że tak miło mnie zaskoczy ta cała seria. 
Pierce jak zwykle zaskakuję, a John czaruję, okazując przy tym co raz więcej ludzkich cech. Pojawia się tajemnica, nowe wątki, stare się rozwiązuję i wszystko lekko płynie. 
Odpoczynek i totalny luz takimi słowami mogę określić chyba każdą książkę Cabot. 

W "Świecie podziemi" nadal intryguję nawiązanie do mitologii, do Homera, do bogów, do Hadesa i Persefony. To był i jest chyba główny czynnik, przez który i dla którego sięgnęłam po tą właśnie powieść. 
Chociaż muszę zaznaczyć, że historia życia Johna, jak i Świat Podziemi ciekawi. Zagadki i mieszkańcy "innego świata" podkręcali atmosferę. 

Znowu wątek miłosny. Oczywiście, jakby to było gdyby go nie było? A no nijak! 
W tej części poznajemy zakochanych z zupełnie innej perspektywy. Trochę jakbyśmy weszli w głąb ich dusz. Zauważamy ich motywy(zwłaszcza samotność Władcy Podziemi), a od Pierce możemy uczyć się czystych uczuć i wybaczania w imię uczucia. 

„W jego oczach pojawiła się jakby nadzieja.Wychyliłam się jeszcze dalej,żeby chwycić go za nadgarstek i poczułam, jak jego dłoń zamyka się wokół mojej. Uśmiechnęłam się, przepełniona miłością i radością, i ośmieliłam się uwierzyć, że jest bezpieczny, a moja własna bajka jednak skończy się szczęśliwie.”

Nie jest to literatura na miarę Szekspira, czy Homera, ale lektura jest miła i przyjemna. Do tego oko cieszy szata graficzna książki i wszystko ładnie płynie. Zaś koniec.. koniec tak zaskakuję, że żal było by nie sięgnąć po kolejną część...

Książka: "Świat Podziemi" Meg Cabot wyd. Amber 2012 str.303



poniedziałek, 8 lipca 2013

Potrzebna rada, pomoc i wasze zdanie

Pamiętacie może moje posty „Inspirująco”, „To mnie kręci” ,albo „Nasza lista osobista”?
Możliwe, że gdzieś je zauważyliście. Muszę przyznać, że z wielu powodów zaprzestałam dodawania ich, ale kilka dni temu wpadłam na pomysł, że powinnam to zmienić, bo to naprawdę fajne rzeczy. Cykle te pomagały mi z moją dziwną nad twórczością, Mam zbyt dużo myśli na minutę, a muszę gdzieś dać im wypłynąć. Czy u was też tak jest, że spoglądacie na jakąś rzecz w internecie i już widzicie do niej mnóstwo słów i komentarzy? Ja tak mam. Coś co mnie inspiruję i w pewien sposób motywuje do działania.

Chciałabym do tego powrócić. No wiecie.. pokazać wam coś co interesuję mnie poza książkami.

Ciekawi mnie czy, wytrwam więcej niż ostatnio, bo prawdę mówiąc po pewnym czasie najzwyczajniej w świecie brakuje człowiekowi pomysłu, tego czegoś co powinno zainteresować drugą osobę i przede wszystkim czasu! Postaram się, ba nawet wiem, że przez wakacje takie posty będę ukazywać się dość systematycznie, ale później to już różnie może być.

W skrócie były by to informacje, jakie mnie w danym tygodniu jakoś poruszyły. Szczerze to nie wiem czy to będą zdjęcia, muzyka, film, książka, a może jakieś moje głupie gadanie. Po prostu potrzebuję miejsca, gdzie będę mogła coś powiedzieć.. o sobie, o czymś co jest dla mnie ważne. Wiem, że to ni jak ma się do książek, ale próbowałam założyć o tym bloga.. ale to bezsensu, bo tak nie mam czasu na prowadzenie dwóch. Och.. no wiecie co mam na myśli.

Musicie mi jednak powiedzieć, czy macie na takie coś ochotę? Czy lepiej nie mieszać tego do bloga o książkach?

A tutaj łapcie kilka „próbek” starych postów :




*Jeśli chcecie więcej to zapraszam do zakładek. Nasza Lista Osobista, To mnie kręci i Co mi w duszy gra. Oraz do dyskusji czy to kontynuować.. reaktywować?  

niedziela, 7 lipca 2013

"Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stieg Larsson


Kryminalna zagadka. Przeszłość i przyszłość bohaterów w prostej, ale zarazem kunsztownej formie.
To właśnie otrzymałam w drugim tomie serii Milenium

Tym razem będę mówić o samych plusach powieści. Pierwsza część średnio przypadła mi do gustu, bo oglądałam film i nie interesował mnie wątek kryminalny, a szkoda.

Tutaj było inaczej. Całkowicie. Bałam się, że 700 stron to lekka przesada, że będę się nudzić, że książka nie spełni moich oczekiwań, czy coś w tym guście. Muszę przyznać, że żadne z moich obaw się nie sprawdziły(na szczęście!).

Larsson stworzył świat, który z jednej strony jest bardzo podobny do naszej rzeczywistości, a z drugiej zupełnie nie pasuję do schematów i normalności. Przygody bohaterów czyta się z zapartym tchem, przepada się w ich zachowaniu i toku myślenia.

Po przeczytaniu „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” narzekałam, że dostałam suchych i szablonowych bohaterów. Za to „Dziewczyna, która igrała z ogniem” to multum emocji i tego drugiego dna, jak ja to nazywam. Śmiałam się czytając historię Lisbeth, że wykrakałam sobie opis jej życia i jej dzieciństwa. Nagle okazało się, że mogę w stu procentach zrozumieć tą młodą kobietę z własnym kodeksem moralnym.

Przyznam się szczerze, że reszta postaci jakoś ginie gdzieś między życiem Salander. Naprawdę jej opowieść, jej narracja jest najbardziej interesującą, bo przedstawia mi to co ja lubię najbardziej. Osobę z krwi i kości z tym czymś.

Mikael był strasznie denerwujący tak samo jak cała załoga „Milenium”. Muszę zauważyć, że wprowadzenie narracji z punktu widzenia trzech, czterech bohaterów wprowadzała mnie czasami w błąd i strasznie nudziła. Nie chciało mi się naprawdę czytać o rzeczach, które nie miały dla mnie znaczenia. Rozumiem, że to miała być rotacja akcji, ale przez przesady. Opis mieszkania policjantki, którą dopiero „poznałam” był niepotrzebny.

Co do tajemnicy i wątku kryminalnego. Wszystko było by dobrze, gdybym się od początku nie zorientowała, kto zabił. Naprawdę podanie niemal na tacy rozwiązanie było zabawne. Liczyłam na jakiś zaskakujący zwrot, ale niestety go nie otrzymałam. Wiedziałam od pierwszej wzmiance o jednym bohaterze, że to on. To było do przewidzenia, ale fakt, faktem kilka informacji, zwłaszcza z życia Lisbeth było zaskakujące.

„Dziewczyna, która igrała z ogniem” to powieść, którą czyta się naprawdę szybko. Mimo dziwnych opisów rzeczy, które ni jak mają się do fabuły, gładko przechodzi się z rozdziału do rozdziału. Ja mam to do siebie, że jak mnie coś wciągnie i chcę poznać odpowiedź to brnę dalej nie zważając na nic. W ten o to sposób połknęłam drugi tom serii Milenium w dwa dni i powiem szczerze, że byłam wykończona, kiedy skończyłam. Dla mnie była to naprawdę ciężka lektura, wielowątkowa i troszkę zagmatwana. Ciężko się ją czyta, ale warto. Naprawdę warto. Może powinnam ją sobie dawkować, żeby nie czuć takiego zmęczenia materiału, ale Larsson stworzył taki świat, że nie można przerwać nagle, bo coś.. nie .. tutaj trzeba dotrwać do końca i poznać odpowiedź.

Książka: "Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stieg Larsson wyd.Czarna Owca 2011 str. 700 



piątek, 5 lipca 2013

„Ciemniejsza strona Greya” i „Nowe oblicze Greya” E L James






Uległam czarowi Greya, albo raczej całej tej nagonce, która miała za zadanie poruszyć moim sercem czy umysłem. Po przeczytaniu „50 twarzy Greya” zarzekałam się, że nie dam szans kolejnym częścią. Jakże ja się myliłam. Powinnam bić się teraz w pierś i krzyczeć mea culpa!

Naprawdę strasznie mi głupio. Tylko, że nie wiem dlaczego? Dlatego, że poddałam się i przeczytałam kolejne tomy serii, czy może dlatego, że zarzekałam się, że nie sięgnę po więcej?

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Zaczęłam słuchać głosów ludzi, którzy mnie otaczali. Każda z dziewczyn jakiej wspomniałam, że Grey mnie nie zachwycił podawała mi multum powodów, żebym czytała dalej, bo przecież nie można oceniać człowieka po pierwszym spotkaniu.
Chyba dla świętego spokoju sięgnęłam po „Ciemniejszą stronę Greya” i tutaj skończę swoje usprawiedliwianie, bo wpadłam jak śliwka w kompot.

Rzeczywiście wszyscy Ci, którzy mówili, że kolejne części są lepsze mają troszkę racji. Druga była dość znośna, ponieważ nie potrafię powiedzieć, że była to dobra lektura, uznajmy, że znośna to doskonałe określenie.

„-(...)Przez ciebie czuję się...bezradny. -Nie!(...)Dlaczego? -Ponieważ jesteś jedyną mi znaną osobą, która jest w stanie mnie naprawdę zranić.”


Druga część stawia bardziej na psychikę bohaterów, a zwłaszcza na to co dzieję się w głowie Christiana. Nie będę oszukiwać, że nie ma tutaj scen erotycznych, bo są jak w każdej. Ogólnie rzecz ujmując ta książka jest całym wielkim doznaniem seksualnym Anny. Nie ma też chyba powodu, żeby zaprzeczać, że właśnie przez to większość z nas sięgnęło po książki. Po to, żeby sprawdzić o co tyle szumu! Ja sprawdziłam i jakoś średnio na jeża akurat ten aspekt książki przypadł mi do gustu. Ja nadal jestem tym lekko zniesmaczona, ponieważ rzadko kiedy czytam takie rzeczy. Nie mam jeszcze obeznania z literaturą erotyczną i najzwyczajniej w świecie nie mi oceniać czy to jest dobre czy złe. Może są osoby na świecie, które to lubią? Nie wiem.. ja najchętniej wycięłabym te sceny z książki, ale właściwie co by wtedy zostało?

Zostałby mały wątek Anastazji i Christiana. Jej niezrozumiała, bezwarunkowa pierwsza miłość i jego zaborcza, demoniczna strona, która ni jak ma się do dobroci i dżentelmeństwa z pierwszej części. Zdecydowanie wolę drugą część, bo jak kiedyś tam wspominałam rozgryzanie bohatera to dla mnie łakomy kąsek, a tutaj niemal trzeba pana Greya rozbierać z tajemnic.

Christian Grey to dla mnie naprawdę ciekawa postać. Z jednej strony sadysta lubiący ostrą zabawę z kobietami, ale z drugiej strony to chłopczyk nadal samotny i bardzo skrzywdzony w dzieciństwie.
Czy staram się usprawiedliwić tego mężczyznę? Możliwe... bo przecież nie była jakiś tam gwałcicielem czy zbrodniarzem. Kobiety się na to zgadzały i obie strony czerpały z tego przyjemność. Nie ma co tutaj zastanawiać się nad moralnością czy głupotą. Po prostu były to zabawy dorosłych ludzi. Tylko, że ze strony Greya był to raczej sposób na czerpania kontroli nad własnym życiem i wszystkim co mu podległe. Mur jakim się otaczał wydaję się jak najbardziej na miejscu. Każde skrzywdzone dziecko w dorosłym życiu stara się jakoś bronić i nie dopuścić do cierpienia.

Nie rozumiem za to zachowania głupiutkiej, młodej Anastazji. Dla mnie miała ona syndrom maltretowanej kobiety. Starała się robić wszystko,aby nie zdenerwować swojego pana i władcy, a kiedy nie daj Boże się to stało..ponosiła karę ze skruszoną miną. Czasami starała się buntować, ale w konsekwencji zawsze się poddawała, bo to tylko bardzo zakochana kobieta.

Nie ma co oceniać, co porównywać i co zaprzeczać „Ciemniejsza strona Greya” sprawia, że chce się przeczytać więcej i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu „Nowe oblicze Greya” jest jakąś pomyłką.

Druga część miała jeszcze jakiś sens. Słaby, bo słaby, ale coś sobą reprezentowała. Nie była to pusta opowieść o szczęśliwej miłości. Podczas gdy poprzednią część pożarłam niemal natychmiast to trzecią wymęczyłam i nawet talent James do pisania książki lekkim i dość przyjemny sposób mi nie pomógł.

„Nowe oblicze Greya” to przesłodzona i nierealna opowieść o miliarderze i jego biednej żonie. Boski miesiąc miodowy, sielankowe życie, drogie prezenty i wszechogarniające uczucie..
Co z tego, że czasami pojawiały się jakieś komplikacje? Czy co z tego, że naszą parę dopada szara rzeczywistość? Ich miłość jest tak ogromna, że nic sobie z tego nie robią.

„Myślę, że można się wściekać tak naprawdę tylko na tych, których się kocha." -E L James, 'Nowe oblicze Greya”

Gdy czytałam poprzednie części w jakiś dziwny sposób odpoczywałam od normalności. Byłe ona tak dziwnie nierealne, że po prostu w nie wpadałam, jak Alicja do norki. Trzecia część jest niby jeszcze bardziej odrealniona, ale aż tak bardzo, że nie da się tego czytać.

Po „Ciemniejszej stronie Greya” miałam nadzieję, że coś się poprawi, ale ku mojemu rozczarowaniu zatoczyło to wszystko koło i generalnie straciłam tylko czas. Chociaż czy ja wiem? Teraz mogę chociaż normalnie powiedzieć dlaczego cała ta seria mi nie przypadła do gustu i nikt nie może mi zarzucić, że nie dałam drugiej szansy państwu Grey.

Cała ta trylogia przyprawia mnie o ból głowy i jakieś takie dziwnie niepojęte uczucia. Jestem rozdarta, bo przecież nie czytało mi się tego źle, ale właściwie nie wiem co ja czytałam i w jakim celu? Chyba zwykła ludzka ciekawość zwyciężyła i ta chwila nienormalności i odrealnienia, bo trzeba przyznać, że przy książkach James w pewien sposób się głupieje i zapomina o bożym świecie.

Nie stwierdzam czy ją polecam czy nie, ponieważ nie wiem jak ją właściwie oceniać.. Już jej nie neguję tak jak „50 twarzy Greya” i przepraszam za moją nie konsekwentność, ale sięgnięcie po kolejne części to był szalony impuls, którego w sumie nie żałuję, bo te książki mają to do siebie, że jak zaczniesz czytać to musisz dotrwać do końca. Bez zastanawiania się czy to ma sens czy nie. Więc jeśli sięgniecie po nie to obawiam się, że przebrnięcie przez trzy części. No chyba, że macie niesamowicie silną własną wolę.

Książki: „Ciemniejsza strona Greya” i „Nowe oblicze Greya” E L James wyd.Sonia Draga  

środa, 3 lipca 2013

„Czerwień rubinu”- ekranizacja



Czyli o tym jak zrobić z fanów Trylogii Czasu totalnego idiotę!

Dobrze wiecie,że byłam wielce oczarowana książką. „Czerwień rubinu”.Miała wszystko, to co tak bardzo kocham w powieściach dla młodzieży. Przepadłam w całej serii i obejrzenie ekranizacji wydawało mi się najbardziej naturalną rzeczą na ziemi.

Oceniając film nie patrząc na jego pierwowzór jestem dość zadowolona. Nie liczyłam na jakąś super hollywoodzką opowieść, ale na przyzwoite dwie godziny przed telewizorem. Teoretycznie to dostałam- lekką opowieść bez wielkiego halo. Miłość dwojga młodych ludzi, tajemnice i wszystko co to w takich filmach się lubi. Odprężenie i jakieś takie uwielbienie i coś co poprawiło mi humor.

Wszystko mogło by się wydawać bardzo fajne, gdybym nie przeczytała książki. Oglądałam „Czerwień rubinu” z siostrą i ona nie mogła zrozumieć, dlaczego mam ochotę wstać i wyjść, równocześnie rzucając czymś w telewizor! Dla widza, który po prostu ogląda ekranizację wszystko jest bardzo przyzwoite. Ba nawet moja kochana S uznała, że to całkiem fajne i nie mam o co się spinać. Ale dla fana Trylogii Czasu, czyli kogoś takiego jak ja to lekkie kpiny.

„Czerwień rubinu” w wykonaniu Felixa Fuchssteinera to połączenie trzech części książki. Mieszające się wątki z każdej powieści, równocześnie mające dziwne sceny, których w żadnej z nich nie było. Jednym słowem otrzymaliśmy coś co tak naprawdę ni jak ma się do pierwszej części Trylogii. Właściwie nie rozumiem dlaczego w ekranizacji wszystko się już nie wyjaśniło? Skoro mamy jedne z najważniejszych wydarzeń z „Błękitu szafiru” i „Zieleni szmaragdu” to po co nagrywać kolejne? Czy cofniemy się w do totalnego początku? Czy będziemy przeżywać w kolejnych filmach to co zostało ukradzione w tym? Czy raczej nie dostaniemy tego co trzeba?

Ja naprawdę rozumiem, że wiele rzeczy w filmie należy zmienić. Wiem, że ekranizacja musi się różnić, bo nie da się wszystkiego przedstawić jak w książce i to wątki muszą mieć jakiś sens. To naturalne. Ale po co tak mieszać i zmieniać i dodawać?
Opanuję jednak moje emocje. Zaakceptowałam te zmiany i obejrzałam film jeszcze raz, żeby skupić się na wszystkim tym co mi umknęło.

Gwen jest średnia. Ogólnie rzecz ujmując aktorka poradziła sobie, ale żeby zachwycić mnie i powalić na kolana to już niekoniecznie. Początkowo była jakąś pseudo rockową dziewczyną, co już od razu mnie zniechęciło. ( Błagam niech ktoś mi wytłumaczy po co jej ten czerwony płaszcz podczas pierwszej podróży w czasie.. ale się uśmiałam jak go zobaczyłam)
Później zaczęła grać wielką niezdarę by na sama koniec przemienić się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia.Łabędź ten nie był raczej samotny, bo tuż przy jego boku pojawił się słodki mężczyzna. Oczywiście Gideon filmowy odbiega od mojego wyobrażenia faceta z książki, ale z czasem przypadł mi do gustu. Nawet mogę stwierdzić, że bardzo go polubiłam.
Nie ma tam jakiś świetnych i wyróżniających się aktorów. Moją uwagę przykuły jeszcze tylko Leslie przyjaciółka Gwen i jej kuzynka Charolotte, która wyglądała nieziemsko. Naprawdę jaka to ładna aktorka, aż dziw, że nie robi kariery w Hollywood.

Podsumowując „Czerwień rubinu” to naprawdę sympatycznym filmem, ponieważ dość dobrze się go ogląda. Aktorzy nie są irytujący, akcja ładnie płynie, a scenografia i montaż zasługują na taką czwórkę z plusem. Polecam wszystkim tym którzy nie czytali książki, bo dla każdego czytelnika będzie to prawdziwa udręka! Po prostu nie powinno robić się ludzi idiotów. Tyle mam do powiedzenia.

Film: „Rubinrot” Niemcy 2013 reż Felix Fuchssteiner

Zainteresowanych książką odsyłam  o tutaj.




poniedziałek, 1 lipca 2013

„Woda dla słoni” Sara Gruen





Nie spodziewałam się, że życie w cyrku może dostarczać tylu ciekawych przeżyć. Słonie, lamy, wielbłądy, karły, klauny, tancerki i treserki. To wszystko znajdziemy w książce Greuen gdzie bohaterowie podróżują przez Amerykę pociągiem. .

Sama nie wiem na co liczyłam, a co właściwie dostałam?

Książkę według mnie całkowicie poprawną. Widać, że autorka miała pomysł na całą fabułę, którą można doskonale ocenić dopiero po przeczytaniu całości.

Cyrkowe opowieści są zawarte we wspomnieniach dziewięćdziesięcioletniego mężczyzna, który swoje ostatnie dni spędza w domu starców. Pod wpływem widoku namiotu cyrkowego, który znajduję się nieopodal, jego miejsca zamieszkanie, gdzieś między jawą, a snem pan Jankowski przypomina sobie swoją młodość.

„Wiek to okropny złodziej.Kiedy zaczynasz rozumieć, na czym polega życie,ono ścina cię z nóg i przygarbia ci plecy.”

Przyznam szczerze, że właściwie ta część „Wody dla słoni” miała dla mnie jakiś sens. Nie spotkałam się nigdy wcześniej z taką historią. Prawdę mówiąc nie przepadam za całym tym szumem wokół cyrku. Zawsze mi strasznie szkoda zwierząt i ludzi, którzy muszą ćwiczyć, by za marne grosze brać udział w przedstawieniu. Nie znoszę zapachu waty cukrowej i popcornu. Tłumu ludzi i krzyczących dzieci. Zdecydowanie cyrk nie jest dla mnie. Dlatego literackie przedstawienie tego miejsca wydawało mi się takie dziwne, ale w gruncie rzeczy bardzo dla mnie.

Opowieść Jacoba jest wielowątkowa. Nie mamy do czynienia z jedną suchą opowieścią, zamkniętą w jakiś ramach czy schemacie. Mężczyzna w swoich wspomnieniach śmiało przeskakuję z jeden historii do drugiej. Opowiada o swoim życiu przed cyrkiem, w trakcie całej przygody z Wujkiem Alem i na samym końcu o życiu tuż po z własną żoną.

Duże znaczenie w „Wodzie dla słoni” odgrywają zwierzęta. Niesamowita Rosie czy konie Marleny.Ku mojemu rozczarowaniu nie są one w stanie zająć miejsca miłości i uczuciu nienawiści Jacoba do niektórych osób.

„-Chodź no tu, Bobo - mówi sięgając po szympansa. Włochate ramiona i nogi jeszcze mocniej się we mnie wczepiają. -No już - mówię  starając się oderwać od siebie szympansie ramie. - Wrócę  - Bobo ani drgnie. - No już  Nic z tego. -No dobrze. Ostatni uścisk i już - mówię i przytulam twarz do ciemnego futra. Szympans pokazuje zęby w uśmiechu i całuje mnie w policzek. Następnie zeskakuje na ziemie,...

Bohaterowie sprawiają wrażenie lekko płytkich, a ich wątki są najzwyczajniej w świecie nie rozwinięte. Ogólnie rzecz ujmując cała ta historia jest poprawna, ale jakby czegoś w niej zabrakło. Teoretycznie czytelnik dostaje wszystko na tacy, ale praktycznie nic co by przykuło jego uwagę na dłużej.

Nie ma sensu rozpisywać się na „Wodą dla słoni”. Dla mnie jest to książka, która niczym nie zachwyca, ale równocześnie, nie sprawia, że ma się o niej złe zdanie. Powiedzenie, że jest nijaka może być lekko krzywdzące, ale prawdę mówiąc nie znajdę innego określenia. Czyta się ją błyskawicznie, a to za sprawą prostego, ale przyjemnego języka. Nie ma tutaj zbyt wielu zawiłości i historii, które trzeba dodatkowo przetrawić. Sara Gruen skupiła się przede wszystkim na miłości dwojga bohaterów i ich życiu w cyrku. Nic więcej tutaj nie dodam, bo nie ma czego.

Za kilka dni postaram się obejrzeć film i podzielić się z wami moimi emocjami po jego obejrzeniu.
Jakoś sobie nie wyobrażam ekranizacji. I szczerze po przeczytaniu książki jestem niezadowolona z obrazu Polaków, jaki tam zastałam. Mam wrażenie, że autorka kierowała się stereotypami, a nie faktami. A szkoda.

Książka: „Woda dla słoni” Sara Gruen wyd. Rebis str. 402