sobota, 31 sierpnia 2013

To mnie kręci, nie kręci.. nie wiem.

Za dwa dni zadzwoni pierwszy dzwonek. Za dwa dni skończy się laba, ale nie życie. Nie panikujmy. Strasznie mnie denerwuje, że kiedy niebłagalnie wakacje zbliżają się ku końcowi większość uczniów, twierdzi że od tej chwili ich życie traci sens. To głupie..

Nie chce mi się przekonywać wszystkich, że szkoła wcale nie jest taka zła, bo wiemy, jaka jest rzeczywistość. Jedni ją uwielbiają, inni, a raczej większość jej nie znosi. Chciałam odnaleźć w sieci jakieś motywujące obrazki, a znalazłam to :











I jak tu człowiek ma mieć siłę na nowy rok szkolny? Jak tu człowiek może myśleć, że od września będzie niesamowicie? Nie wiem.. ja się nie czuję.. ale jakoś nie chce mi się o tym mówić głośno i każdej napotkanej osobie powtarzać „Boże.. za dwa dni do szkoły”. Trudno. Taka rzeczywistość, a w rok, w rok jest to samo....


Damy radę! :d  


Dominika nie ma na nic czasu. Post ten powstał łohooo.. i jeszcze trochę. Dlatego, dodał się automatycznie. Nie wiem, kiedy coś napiszę, kiedy coś przeczytam.. no wiecie.. bądźcie czujni. 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Świat Zofii. Cudowna podróż w głąb historii filozofii" Jostein Gaarder


O książce będzie króciutko, bo nie trzeba zbyt dużo słów... „Świat Zofii” broni się sam. Trudno jest określić powieść, która za każdym razem, gdy po nią sięgam robi na mnie takie wrażenie. Wrażenie zawsze zupełnie inne, ciągle zwraca moją uwagę na coś innego, na coś czego wcześniej nie byłam w stanie zauważyć.

„Wszyscy ludzie są mniej lub bardziej dziwni. Jestem człowiekiem, a więc jestem mniej lub bardziej dziwna.”

Porusza mnie dogłębnie.. czuję czasami, jak moja wrażliwość zostaję gdzieś wplątana w karty powieści. Początkowo myślałam, że to szybki kurs filozofii, ale z czasem okazało się, że to coś więcej. To odnajdywanie drogi razem z główną bohaterką. Tak samo jak ona, byłam zagubiona, ale kiedy dotarłam do końca już nic nie było takie same.

„Jesteśmy jak aktorzy wypuszczeni na scenę bez uprzednio wystudiowanej roli, bez znajomości scenariusza i bez suflera, który w odpowiedniej chwili szepnie nam, co mamy robić. Sami musimy wybrać, jak chcemy żyć.”

„Świat Zofii” czytałam dwa razy. Pierwszy, gdy byłam młodsza i mam wrażenie, że dużo mi z fabuły i sensu umknęło, za to drugim razem wszystko stało się inne, a moja podróż na drugą stronę okazała się bardzo owocna. Książkę Gaardera polecam wszystkim, ale mówię po prostu, że trzeba ją przeczytać, że nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego. Po prostu musicie ją zrozumieć, ale musicie uważać, bo powieść tą się dawkuję. Nie można usiąść i przeczytać jej w jeden wieczór, bo wtedy traci cały sens.

„Życie jest naprawdę smutne i podniosłe. Wpuszczeni jesteśmy do cudownego świata, spotykamy się tutaj, poznajemy, przez krótką chwilę przebywamy ze sobą. A później rozstajemy się i znikamy, równie nagle i niezrozumiale jak się kiedyś pojawiliśmy.”



Polecam wam ją za to, że dzięki niej docieramy do SIEBIE SAMYCH.  

Książka: "Świat Zofii. Cudowna podróż w głąb historii filozofii" Jostein Gaarder wyd. Jacek Santorski&CO-Wydawnictwo str.560


niedziela, 25 sierpnia 2013

To mnie kręci - BYCIE KOBIETĄ!


Nim zaczęłam pisać ten post miałam na niego pomysł. Wiedziałam doskonale co chcę wam przekazać, ale kiedy przyszło mi wylać na „kartkę” te wszystkie słowa zapanowała pustka, bo jak właściwie powiedzieć to co ma się na myśli?


Może powinnam zacząć od krzykliwego nagłówka? A może w pierwszej kolejności przejść do konkretów, a nie próbować jakoś zacząć? Nie znam dobrego sposobu na rozpoczęcie tego postu, ba ja nigdy nie wiem, jak jakiś rozpocząć, ale o tym powinnam napisać coś osobno.

Od paru dni chodzę i się zastanawiam(no wiecie.. w każdej możliwej minucie o tym myślę, czuję jak coś chce ze mnie wyjść, jak krzyczy.. powiedz wszystkim) co ja właściwie tu robię.. co właściwie oznacza dla mnie bycie (dziwnie to zabrzmi, wiem) kobietą.. co z tego mam dobrego?


Kiedy napisałam to, poczułam jakie to jest idiotyczne, ale musicie zrozumieć, że nagle zdałam sobie sprawę, z tego, że dzieciństwo gdzieś mi uciekło..że powinnam się poczuć „dorosłą”, ale właściwie co ta dorosłość oznacza? Czy to znaczy, że mogę legalnie kupić alkohol, czy raczej to, że w pewien sposób wszystko się zmienia? Nie mam tu namyśli głupiego rozwoju.. ciała i umysłu. Chodzi mi raczej o to co daje mi BYCIE KOBIETĄ! Nie dziewczynką(chociaż nadal się tak troszkę czuję), ale dziewczyną, do której nagle każdy sprzedawca mówi Proszę Pani.., dziewczyną, która nagle zaczyna zauważać dziwne rzeczy, które wcześniej jej umykały. Zastanawia się nad sobą, nad tym, gdzie zmierza i co ją czeka. Teoretycznie nie zaczynam przecież jeszcze dorosłego życia, bo dopiero za kilkanaście miesięcy będę mieć maturę, a za tydzień idę dopiero do trzeciej klasy liceum, ale mam wrażenie, że coś się zmienia..

To, że spoglądając w lustro nie widzę dzieciaka, że w pewnym momencie pomyślałam, że nie chcę być doskonała, że nie wyglądam jak modelka, że nie mam idealnie prostych zębów, że może mam gdzieś coś co chciałabym ukryć, ale w pewien sposób jestem piękna(nie mogę tego napisać...trochę biję się z myślami i chcę zaprzeczać). Nie wiem czy odnalazłam definicję siebie przez blogi lifestylowe, czy może sama w pewien sposób wiedziałam, że akceptacja siebie jest strasznie ważna. Nie wiem, ale parę dni temu nagle poczułam się Kobietą..



Doskonale wiem, że ten stan się długo nie utrzyma, że za kilka tygodni nadal będę mówić o sobie w samych negatywach, że nie będę się sobie podobać czy coś, że będę się starać dopasować, ale chcę wtedy przypomnieć sobie to uczucie.. Uczucie, jak miło się akceptować. Jak miło nagle pomyśleć o sobie i spojrzeć sobie w oczy i widzieć SIEBIE, ale siebie sobą, a nie oczami innych. Ludzie szybko zmieniają zdanie.. wszystko przemija.. moda, uroda.. wszystko, ale akceptacja siebie nie powinna.. tak bynajmniej mi się wydaję.. czy mam rację nie wiem...

„Nauczyłam się doceniać każdy dzień, kiedy stałam się dojrzałą kobietą. A stałam się nią, kiedy zaczęłam sama sobie wyznaczać cele, a nie przyjmować biernie, co przyniesie los.”

Nie chcę tu pisać kolejnego banału .. Zaakceptuj siebie.. poczuj się dobrze w swojej skórze, bo to tak nic nie da. Nie można kogoś do tego zmusić.. można tylko zmotywować i zastanowić się, czy my siebie akceptujemy.. bo czasami łatwo o hipokryzję.. Chciałabym, żeby każda czytelniczka mojego bloga poczuła się piękna.. chociaż teraz, gdy dotrwała do ostatnich słów mojego postu. Mogę się założyć, że taka właśnie jesteś. Nie myśl sobie, że mówię tak, bo tak. Po prostu to wiem. Wiem, że niektóre z nas..(ja mimo wszystko też..) nie chce tak myśleć. Nie zwracamy uwagi na miłe komplementy ludzi.. jakoś tak dziwnie nam je słyszeć, a czasami po prostu ich nie zauważamy, bo tak jesteśmy zajęte użalaniem się nad sobą.. Napisałam kolejny banał.. i dobrze wiem, że podobnych jest mnóstwo w internecie, ale dla mnie wylanie tego wszystkiego, będzie małą motywacją, bo kiedy zapomnę o sobie i o tym, jak to jest BYĆ KOBIETĄ to chcę wrócić do tego momentu, kiedy palce suną po klawiaturze i znowu to poczuć.. tą radość z akceptacji...siebie i wszystkiego co mam. Nie jestem idealna, ale staram się to jakoś wyważyć.

„Wszystkie śmiertelne kobiety , bez wyjątku, są najbardziej nieprzewidywalnymi, nieobliczalnymi, szalonymi stworzeniami, jakie kiedykolwiek chodziły po ziemi.”

Chciałabym bardzo, żebyście szczerze powiedziały co myślicie o sobie, ale nie nie piszemy w komentarzu negatywów o nie! Postarajcie się znaleźć trzy dobre cechy.. i kiedy zapomnicie jak to jest być szczęśliwym w swoim ciele przypomnijcie je sobie i nie mówmy już że jesteśmy beznadziejne*



*Doskonale wiemy, że za jakiś czas ja to powiem, że to co napisałam nie będzie miało większego znaczenia, ale cieszmy się chwilą.. chwilą w której odnajdujemy siebie :D  

sobota, 24 sierpnia 2013

„Dom jedwabny” Anthony Horowitz


Nie znałam wcześniej przygód Holmesa w wersji książkowej. Jakoś nigdy zbytnio mnie nie interesowały jego przygody. Fakt znałam kilka i gdzieś obiło mi się o uszy ich rozwiązanie, ale najzwyczajniej w świecie Sherlocka kojarzyłam tylko z ironicznego uśmiechu Roberta Downey Jr. i tego tonu głosu, kiedy mówił „Watsonie!”, podczas gdy Jude Law przewracał oczami. Naturalnie było jeszcze mnóstwo innych filmów, czy seriali opartych na przygodach detektywa. Powstało również mnóstwo książek, których autorzy wzorowali się na historiach stworzonych przez Doyle'a.Jednym z nich jest Anthony Horowitz, twórca Nowego Sherlocka Holmesa.


„Dom jedwabny” to książka, po którą sama bym nie sięgnęła. Udało mi się ją wygrać w konkursie u Agaty i tak zaczęła się moja przygoda z sympatycznym detektywem.

Od pierwszego zadania wiedziałam, że przepadłam. W stylu doktora Watsona jest coś co mnie strasznie zaciekawiło. Nie wiem jak on to zrobił, ale czułam się jak mieszkaniec dawnej Anglii, pijący kawę i czytający poranną gazetę, a w niej wszystko o Sherlocku. Dawno żadnemu autorowi nie udało się mnie zaciekawić praktycznie od pierwszej strony.

„Gdy wyeliminujesz to, co niemożliwe, wtedy to, co pozostanie, choćby było najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.”

Muszę jednak powiedzieć, że z czasem mój entuzjazm troszeczkę osłabł. Do fabuły, czy opowieści zaczęła wkradać się szara rzeczywistość i momentami miałam wrażenie, że za chwilę zasnę. W jednym miejscu nie było wcale opisów, by za chwilę zarzucić mnie taką ilością, że musiałam przerwać czytanie, bo mnie to nużyło.

Nie mam porównania do oryginału, bo jak wspominałam wcześniej nigdy mnie to nie kręciło. „Dom jedwabny” był ciekawy i całkiem dobrze się czytało, ale sama końcówka bardzo mnie rozczarowała. Nie wiem czy w każdej opowieści o Holmesie jest tak dziwny finał. Liczyłam na jakiś wielki skandal, wielkie bum, a dostałam raczej resztkami tej bomby, chociaż miałam wrażenie, że jestem w epicentrum.

„Zawsze uważałem, że żadna interpretacja ciągu zdarzeń nie jest możliwa, póki nie wykluczą jej wszystkie zgromadzone dowody, a nawet i wtedy nie należy zbyt szybko wyciągać ostatecznych wniosków."


Właściwie to nie wiem dla kogo jest książka Horwitz'a. Nie mogę powiedzieć, że dla fanów detektywa, bo ja nim nie jestem, a przeczytałam powieść od deski do deski i uważam, że nie zmarnowałam swojego czasu, może nie padłam na kolana i nie krzyczałam „więcej..więcej”, ale najzwyczajniej w świecie odpoczęłam przy lekturze „Domu jedwabnego”, a to w książkach cenię najbardziej.

  „Dom jedwabny” Anthony Horowitz wyd. Rebis 2011 str. 304

środa, 21 sierpnia 2013

Dary Anioła: Miasto Kości

Czytanie mi nie idzie. Nie mam czasu. Naprawdę nie mam czasu.. na nic. Wychodzę z domu koło ósmej. Wracam dokładnie dwanaście godzin później tak zmęczona, że marzę tylko o prysznicu i śnie. Zachciało mi się kursów. To teraz będę cierpieć. Znalazłam właśnie teraz chwilkę.. gdzieś między obiadem, a kolejnym wkuwaniem. Nie zaczęła mi się jeszcze szkoła, a ja już się uczę(ale uczę się chociaż czegoś co mi się przyda- mam nadzieję) Już nic nie mówię. To nie jest miejsce na moje prywatne sprawy...

Chciałam tak w między czasie zapytać się was czy ktoś wybiera się do kina? Po przeczytaniu książek wydaję mi się to takie naturalne.. chociaż pierwsze trzy części będę musiała obejrzeć.Jace wydaję mi się nieco dziwny, ale za to Lily świetnie pasuję, według mnie do roli Clary.

Dary Anioła: Miasto Kości 


"Ekranizacja światowego bestsellera, będącego pierwszą częścią serii sprzedanej
w Polsce w ilości ponad 100 tysięcy egzemplarzy. Otwórz wrota do innego świata. Współczesny Nowy Jork. Zwyczajna na pozór nastolatka Clary Fray przypadkiem odkrywa, iż należy do niezwykłej kasty Nocnych Łowców, pół aniołów, którzy toczą odwieczną walkę w obronie naszego świata przed atakami demonów. Wkrótce w tajemniczych okolicznościach znika matka dziewczyny. Clary przyłącza się do grupy Nocnych Łowców i wkracza do alternatywnego podziemnego świata, zamieszkałego przez wampiry, wilkołaki, wiedźmy, wróżki i demony. Obdarzona wyjątkowym darem dziewczyna będzie musiała stanąć do walki nie tylko o życie matki, ale o bezpieczeństwo ludzkiej rasy, która żyje w nieświadomości nadciągającego zagrożenia…"






Ach nie mogę się doczekać kiedy zobaczę Meyers'a w roli Valentine.. mimo wszystko mam do niego słabość za rolę Henryka VIII w Dynastii Tudorów!



Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zebrać swoje poślady, znaleźć czas i wybrać się do kina. Może jeszcze skuszę się na przeczytanie ZNOWU książek, jak znajdę czas...hmm :D 
 Jak obejrzę może coś napiszę..? A wy się wybieracie? Macie ochotę na film? Czy książki wam wystarczą?


Film: Dary Anioła: Miasto Kości  reż Harald Zwart 2013 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wróciłam!


Za szybko mi ten tydzień zleciał. Pewnie nawet nie zauważyliście, że mnie nie było, prawda?
Powiem szczerze, że ja się całkowicie wyłączyłam przez te dni. (dobra prawie.. to nie moja wina, że nie umiem wyłączyć automatycznego sprawdzania maili okey?) :D Było spokojnie. Odpoczęłam i to chyba się liczy. Wzięłam ze sobą cztery książki i ani jednej nie ruszyłam. Dziwne? Możliwe, ale mój wypoczynek skupił się na wegetowaniu na plaży, chodzeniu na spacery i jedzeniu..maatko ile ja jadłam! :d

Teraz pewnie myślicie, a co z pamiątkami? A no nie mogłam się powstrzymać i kupiłam mnóstwo biżuterii, bo bransoletek nigdy za mało. Dobrze kombinujecie.. dałam się też złapać na książkę.. no bo jak to bez książki, prawda? Do tego wpadła mi w oko zakładka .. i to chyba było by na tyle.



Jednak się pochwalę i to szybciutko.. kiedy wróciłam czekało na mnie kilka niespodzianek.
Po pierwsze wygrałam pakiet e-booków w konkursie u cyrysi.

Po drugie i trzecie.. odezwały się do mnie dwie osoby w związku z współpracą.. nie zapeszam, ale może coś z tego wyjdzie? :D

A po czwarte.. jakiś "wariat" zgłosił dawno temu mój blog do konkursu eBuka i jakoś tak ładnie proszę, jeśli lubicie mój blog, wyślijcie maila na adres ebuka@duzeka.pl, a w tytule napiszcie "Szepty Wyobraźni". To chyba tyle, bo się nie orientuję za bardzo co trzeba jeszcze zrobić. Powiem szczerze, że samo zgłoszenie mnie tam przez kogoś było dla mnie OGROMNYM zaskoczeniem i wyróżnieniem, więc no wiecie, nie liczę na to, że coś tam zdziałam, ale mimo wszystko dziękuję.


Nie wiem kiedy pojawią się nowe posty, bo zaczynam kurs jutro i po prostu nie będę mieć zbyt dużo czasu. Zaczęłam czytać "Dom jedwabny" i "Magiczną gondolę" więc spodziewajcie się za kilka dni nadejdę!
Do napisania!

niedziela, 11 sierpnia 2013

„Przez burze ognia” Veronica Rossi




Coś ostatnio mi nie idzie czytanie. Naprawdę. Strasznie długo zabieram się za daną książkę. Kalkuluję czy warto. Czy to właśnie ta chwila? Czy warto zaczynać coś, co wydaję mi się mało interesujące? Później za to kiedy zaczynam czytać, okazuje się, że znowu nie miałam racji i nie powinnam tyle zwlekać.

Książka Rossi to kolejna powieść, trafiająca w mój gust. Jest lekka, szybko się ją czyta, nie jest zbytnio oklepana, nie wymaga rozruchu zbyt wielu szarych komórek. Nic tylko brać i czytać.

„Dla tych, których kochamy, potrafimy być najokrutniejsi."

Początek może wydawać nieco dziwny, ale z czasem każdy czytelnik przepadnie w świecie, stworzonym przez Rossi. Aria i Perry sprawili, że brnęłam przez kolejne strony z zapartym tchem. Co prawda nie czułam wielkiego oczarowania, jak to zazwyczaj bywa, ale źle się nie bawiłam.Akcja lekko płynie. Jedne wątki zaczynają zbliżać się ku końcowi, by zrobić miejsce nowym i to sprawia, że czytając tą powieść się nie nudziłam. Plusem jest również podział książki na rozdziały, w których zmienia się narracja. Raz świat widzimy oczami Arii, a raz Perry'ego.

„Przez burzę ognia” jest może odrobinę schematyczna, może przypomina niektóre książki(chociaż nie potrafię wymienić ich tytułów, a co coś znaczy), bohaterowie nie są skomplikowani, a ich historia jest niby pełna dramaturgii, ale prawda jest taka, że wszystko musi się dobrze skończyć. Wiem, że to przytłaczające, ale trzeba się przyzwyczaić do tego, że współcześni autorzy, książek dla młodzieży nie kończą ich źle, Rossi to nie Martin, że zabije wszystkich głównych bohaterów, żeby czytelnik kochał jego, a nie jego wykreowane postacie, Rossi to kolejna autorka, która stwarza tasiemiec, kolejną serię o miłości, o antyutopii, o świecie, który człowiek zatracił i o ludziach, którzy chcą być lepsi.

„- A ile według ciebie mam lat? - Nie znam się na skamielinach, ale dałabym ci pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt tysięcy. - Mam osiemnaście lat.”

Może się wam wydawać, że neguję całą tą powieść, ale tak nie jest. Była ona dla mnie po prostu miła. Nie wiem, czy będę o niej pamiętać za rok, czy za dwa. Wiem, że sięgnę po drugą część, bo wszystko było poprawne i mi się podobało. Wiele rzeczy jest naprawdę nowych i godnych uwagi, ale prawda jest taka, że „Przez burzę ognia” jak dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnia i nie powaliła mnie na kolana. Po prostu mnie zaciekawiła na tyle, że dotrwałam do końca i chcę więcej, ale jeśli nie dostanę w swoje łapki kolejnej części nie będę płakać.

„- Ale gdzie tu równowaga. Perry prawie nic nie mówi, ale i tak wie, co czują inni. To nie fair. - Właśnie dlatego tyle milczy. Nie ufa słowom. Wiele razy mówił mi, jak często ludzie kłamią. Po co słuchać nieszczerych słów, kiedy wystarczy mu jeden oddech, by dotrzeć do prawdy? - Bo ludzie to więcej niż emocje. Mają myśli i powody, by dostępować tak, jak postępują"


Książka jest dla każdego, kto lubi te klimaty. No wiecie, antyutopię, cukierkową idealną miłość, bohaterów z pozoru z historią, ale przecież uczucie wszystko zmienia, powieść, której akcja i tajemnica będzie się ciągnąć przez co najmniej dwa kolejne tomy, aż do znudzenia.


Książka: „Przez burze ognia” Veronica Rossi wyd.Otwarte 2013 str.362
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Dominika wyjechała na wymarzone wakacje. Wróci prawdopodobnie za tydzień. Recenzja ukazała się automatycznie, bo ja pewnie teraz siedzę w pociągu, albo ciągnę walizkę do taksówki. Nieważne. Średnio jestem zadowolona z tego co napisałam o „Przez burzę ognia”, bo to fajna książka, ale jakoś nie potrafię wyciągnąć z niej nic lepszego. Chyba muszę zmienić gatunek, jaki czytam. Mam nadzieję, że przez te kilka dni odpocznę i przybędę z nową energią. Tymczasem do napisania!


sobota, 10 sierpnia 2013

To mnie kręci.




Od pewnego czasu staram się odnaleźć sens.. no wiecie.. siłę, by wstać rano z łóżka, ale nie tylko po to, żeby się najeść, naoglądać TV i naczytać książek. Nie. Chcę czegoś więcej. Chcę spełnić marzenia i wszystko to co mi się, gdzieś tam w głębi duszy zagnieździło.
Ale prawda jest taka, że brakowało mi motywacji. Takiego porządnego kopa i tak natrafiłam na dwie rzeczy.

Pierwszą jest blog Happyholic, gdzie naprawdę możecie znaleźć mnóstwo pomysłów i rad na bycie po prostu szczęśliwym człowiekiem!

Drugą zaś wykład  Pelna moc mozliwosci: Jacka Walkiewicza
Prawda jest taka, że wykład ten trwa ok. 20 minut, ale namawiam was, żebyście go w całości obejrzeli, bo pan Jacek, w bardzo prosty i zabawny sposób mówi "Wchodźcie w to co warto. Idźcie i bądźcie odważni"
czy też "Zwycięzcy nigdy nie rezygnują. Rezygnujący nigdy nie są zwycięzcami".

Wiem, jak niedorzeczny może wydawać się ten post,ale nie zrozumiecie, go dopóki nie obejrzycie wykładu i nie wpadniecie na blog Happyholic. Kiedy już to zrobicie.. wróćcie tu i najzwyczajniej w świecie powiedźcie co myślicie, albo po prostu działajcie, bo mamy tylko jedno życie i tak strasznie mało czasu!

A może wy znacie jakieś inne sposoby na motywację? A może wcale ich nie potrzebujecie?

czwartek, 8 sierpnia 2013

"Bunt Bogini. Spętani przez bogów. Tom 3." Josephine Angelini


Komu udało się przeczytać w całości „Iliadę”? Łapka w górę. Wydaję mi się, czy widzę jedną, dwie, tylko trzy w górze? Nie martwcie się ja też nie dałam rady. A teraz drugie pytanie...Kto zna dobrze historię wojny Torańskiej? Tak liczy się ekranizacja z Pittem, który grał Achillesa. O całkiem sporo. Wy Judasze wy, za książki się weźcie, a nie filmy oglądacie.

Mam jednak dobre rozwiązanie. Nie musicie męczyć już się z Homerem. O nie.. teraz nadszedł czas na przemiłe spotkanie z Josephine Angelini i jej książką „Bunt bogini”, która jest już niestety ostatnią częścią Trylogii Spętani przez bogów. Czuję, że odetchnęliście z ulgą i chcecie wiedzieć dlaczego porównuję powieść z XXI z powieścią antyczną. Już tłumaczę.

W poprzednich częściach poznaliśmy Lucasa i Helenę. Parę zakochanych, których śmiało można było utożsamić z Parysem i Heleną Trojańską. Wydawać by się mogło, że podobieństwa na tym się skończą, ale autorka wymyśliła coś więcej. Sprawiła, że każdy bohater miał swój pierwowzór pod Troją. I tak na naszych oczach rozgrywa się kolejna wojna.


„- Sprawiam ci ból? - spytał łamiącym się głosem i spojrzał na nią bezbronnie. - Tylko wtedy, kiedy mnie zostawiasz - odparła i wtuliła się w niego. - Nie opuszczaj mnie nigdy więcej.”

Według mnie Josephine wykonała kawał dobrej roboty. Nie przypuszczałam, że mogę się dowiedzieć tylu rzeczy w tak prosty i przejrzysty sposób. Nie dajcie się jednak zwieść, na wojnie trojańskiej się nie kończy. Autorka sprytnie żongluje różnymi wątkami i tematami, sprawiając, że „Bunt bogini” czyta się strasznie szybko, z zapartym tchem. Język jest bardzo przystępny, akcja gładko płynie, bohaterowie wydają się całkiem nieźle skonstruowani, tak samo jak cała historia, która trzyma się kupy. Nic tylko brać i czytać.

Nie będę się rozpisywać nad plusami i wadami tej powieści, bo to było by bezsensu. Jeśli ktoś nie sięgnie po pierwsze części trylogii , na tą nawet nie ma co spoglądać, chociaż wiem, że okładka przykuwa wzrok. Śliczna jest.

„Żyć tak, jakby każdy dzień miał być naszym ostatnim na Ziemi.”

Polecam z całego serca całą trylogię. Za mitologię, za wojnę trojańską, za bohaterów, za świat, za bogów, za niepowtarzalny klimat i za oryginalność.



  Książka: "Bunt Bogini. Spętani przez bogów. Tom 3." Josephine Angelini wyd. Amber 2013 str.335 

____________________________________________________________________________________________
Ps. Jeśli na blogu pewnej osoby za kilka godzin pojawi się zbliżona opinia do mojej i ta osoba również przeczyta dopiero tą książkę. Będę zmuszona interweniować. Ostrzegam. Sama nie wiem co mam myśleć na temat ewidentnego kopiowania i "inspirowania " się moim blogiem. To nie jest chyba zbyt miłe, bo ja wkładam w to serce, a pewna osoba, no cóż.. perfidnie z tego korzysta. Jest mi przykro... 

środa, 7 sierpnia 2013

"Przędza" Genifer Albin

Świat to iluzja. Wszystko, co Cię otacza to kłamstwo. Ty sam jesteś tylko cieniem dawnego życia, a myśl, że nie chcesz tu być doprowadza Cię do szału. Straciłeś każdego, kogo kochałeś, a jeden twój niewłaściwy ruch może pociągnąć na samo dno kolejne osoby. Nie pomaga nawet to, że jesteś najlepszy, że jesteś wyjątkowy, niepowtarzalny. Twój koniec się zbliża.

Wyobrażacie sobie książkę opartą na podobnym schemacie? Dodajmy do tego jeszcze świat stworzony z nici, nici czasu i życia, którymi mogą się posługiwać tylko Kędzielniczki na krosnach, ale czy aby na pewno?

„...spędzam cały dzień na krześle stanowiska kosmetycznego, przyssana do butelki wina. ... Okazuje się, że jest całe mnóstwo ludzi, za których trzeba wypić, a ja nie chcę nikomu sprawić zawodu" ;)”

Główną bohaterką książki jest Adelice, która zostaje wydobyta i zostaje członkiem Zakonu. Wydawać by się mogło, że to spełnienie jej marzeń. Od tej chwili nie będzie szarą myszką, będzie wielką kobietą, której twarz, zwykli śmiertelnicy będą mogli oglądać w Strumieniu. Mimo wszystko nic nie jest tak kolorowe, jak wygląda.

„Przędza” od pierwszych stron zaskakuje. Niesamowicie wciąga i sprawia, że chce się więcej. Czyta się i czyta, ale zauważa się, że na kartach powieści jest strasznie dużo smutku i żalu. Wylewa się na czytelnika, jak gorąca herbata na kolana. Pod otoczką piękna i idealnego świata odnajdujemy zepsucie i prucie. Słabe włóka, słabe ogniwa niszczy się bez mrugnięcia. Życie w Arrasie to tylko iluzja, ba samo to państwo to kłamstwo.

„Mogę dotknąć tej podłogi, mogę dotknąć ciebie, zjeść posiłek, który dostaję w jadalni... W jaki sposób te wszystkie rzeczy nie są realne?”

Teoretycznie książka Albin to antyutopia, ale jak dla mnie to nowy trend. Nie jest to świat zrujnowany, doprowadzony do zagłady, to miejsce, gdzie ludzkie życie zaczęło odżywać, a ludzi mieli stać się lepsi. To nie Ziemia.. ale iluzja Edenu.

„Każda dziewczyna musi mieć coś stałego,jakiś pewny punkt oparcia,którego może się uchwycić:ostatnią kostkę czekolady z miesięcznego przydziału albo...”

„Przędza” to powieść nowatorska. Naprawdę jeszcze nigdzie nie było takiego motywu, co od razu czyni ją totalnie godną polecenia. Nie jest banalna i schematyczna. Ma w sobie coś, czego nie znajdziecie nigdzie indziej, chociaż i tutaj banał goni banał, ale w jakiś taki dziwny sposób, że nie odczuwa się tego od razu. Genifer Albini stworzyła coś czego nie ma i nie będzie chyba w najbliższym czasie, no chyba, że postanowi napisać drugą część.


Książka: "Przędza" Genifer Albin wyd. Literackie 2012 str. 389

wtorek, 6 sierpnia 2013

„Niezgodna” i „Zbuntowana” Veronica Roth




Były wampiry, wilkołaki, wróżki i łowcy. Teraz nadszedł czas na prawdziwych ludzi, z krwi i kości Były tajne krypty, magiczne lasy i katedry. Teraz nadszedł czas na państwa, antyutopie, gdzie rząd dyktuje warunki istnienia społeczeństwa. Byli silni mężczyźni, którzy rozkazywali zapatrzonym w nich, głupiutkim dziewczynkom. Teraz nadszedł czas na dziewczyny na tyle silne, że mężczyźni uginają się pod siłą ich charakteru i trwają przy nich, bez względu na konsekwencję.

„Ludzki rozum może usprawiedliwić każde zło; dlatego jest takie ważne, że nie polegamy na nim." "Niezgodna" 

„Niezgodna” to książka lekka, ale zarazem książka ciężka z drugim dnem, albo po prostu ja się staram usprawiedliwić, czytanie takich powieści i doszukuję się w nich większego sensu. Może nie powinnam tego robić?

„Czasem płacz albo śmiech to jedyna, co pozostało, a teraz śmiech wydaje się lepszy.” "Niezgodna" 

Prawda jest taka, że odpoczęłam i zrelaksowałam się przy „Niezgodnej”. Odpłynęłam do świata stworzonego przez Roth i czuję, że znowu w pewien sposób przepadłam. Po raz kolejny znalazłam sobie idealnego faceta-Cztery, który jakoś dziwnie mnie kręci. Chyba lubię takich niegrzecznych chłopców. Faktem jest również to, że polubiłam Tris. Za jej nieustraszoność i siłę charakteru. Oby więcej takich dziewczyn w literaturze.

„Moim zdaniem płaczemy po to, aby uwolnić naszą zwierzęcą część, nie tracąc człowieczeństwa." "Zdradzona" 

Strasznie mi się nie podoba porównanie „Niezgodnej” do „Igrzysk śmierci”, bo dla mnie to dwie zupełnie inne historie. Obie interesujące, ale różne.

O „Zbuntowanej” nie powiem zbyt dużo. Z prostego powodu. Jeśli ktoś da się namówić na „Niezgodną” to naturalnie, że sięgnie po kolejną część, bo najzwyczajniej w świecie nie wytrzyma. Dalsze losy Tris i Cztery są jeszcze bardziej interesujące, ale muszę rozczarować wszystkich romantyków, ich uczucie nie jest takie normalne i proste, jak to w książkach bywa. Zasada jest prosta.. jeśli kręci Cię pierwsza część sięgniesz po drugą. Nie ma co kombinować i polecać każdą z osobna. To są właśnie serie. Czyta się całe, bo to ma sens..albo go nie ma, jak kto woli....

„Odkryłam, że ludzie mają wiele warstw tajemnic. Wydaje ci się, że kogoś znasz, że go rozumiesz, ale jego pobudki zawsze są przed tobą ukryte, schowane w jego sercu. Nigdy ich nie poznasz, ale czasem postanawiasz zaufać.” "Zbuntowana" 
 
„Niezgodna”i „Zbuntowana” to opowieści na jeden wieczór. Jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego, ale ciekawego i miłego zarazem to śmiało pędźcie do miasta zbudowanego na ruinach Chicago i przyłączcie się do jednej z frakcji. Co to będzie? Altruizm(bezinteresowność) Nieustraszoność(odwaga), Erudycja(inteligencja), Prawość(uczciwość), a może Serdeczność(życzliwość)?


Książka : „Niezgodna”, „Zbuntowana” wyd. Amber  

sobota, 3 sierpnia 2013

To mnie kręci

Wakacje..

Czyli :
  • spanie do południa

  • obżeranie się lodami bez końca

  • picie zimnych napojów w wielkich ilościach

  • spokojne leniwe popołudnia z książką w ręce


  • długie wieczory spędzone z przyjaciółmi...

  • granie w piłkę siatkową (granie w siatkę...hę? Czy to prawidłowe stwierdzenie?)

  • długie przejażdżki rowerowe

  • ogniska

  • spacery

  • wylegiwanie się nad jeziorem....

  • jedzenie strasznie kalorycznych potraw

  • planowani niebagatelnie długich wakacji nad morzem

  • zrywanie malin, jagód i czereśni, a później jedzenie przepysznych ciast

  • nadrabiane zaległości w oglądaniu filmów i seriali ..

  • spędzanie TYLKO 2 godzin dziennie przed komputerem!

  • Spoglądanie w niebo i szukanie spadającej gwiazdy

  • Totalny luz i odpoczynek



To moje wakacje w skrócie! Staram się je wykorzystać na maksa. Prawda jest taka, że robię wszystko i nic. Postanowiłam dodać ten post, bo już mamy sierpień i za kilka dni moja(wasza) laba się skończy.

Chciałabym po prostu zwrócić waszą uwagę na to, jak ten czas szybko leci. Nie pozwólcie, by te piękne letnie dni przeleciały wam gdzieś między palcami. Zróbcie coś czego nigdy nie robiliście. Odejdźcie od komputera, książki, telewizora.. spędźcie jeden dzień (cały) na dworze. Musimy korzystać z tej pięknej pogody póki jest, musimy wykorzystać wakacje jak najlepiej.
Zróbcie coś czego się od dawna boicie... sprawcie, żebyście sierpień zapamiętali jako szalony miesiąc. Ja staram się tak robić … w lipcu nawet mi to wyszło. Odpoczęłam.. odpłynęłam i poczułam się hmm.. wolna? Ładuję baterię na najbliższy rok szkolny.. został mi jeszcze sierpień. A ten post dodaje się automatycznie, bo cały weekend robię coś szalonego!


Dajcie się ponieść emocjom i życiu, bo nigdy nie wiadomo ile będzie trwać!

wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony http://weheartit.com

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Sekret Juli" Tahereh Mafi


Są książki, których czytanie wprowadza mnie w dziwny nastrój. W coś między niedowierzaniem, a wielką radością. Serie zaś są najgorsze, bo nie mogę nigdy doczekać się kolejnej części, nie mogę zapanować nad pokusą sięgnięcia po opis dalszych losów bohaterów i tak w cudowny sposób nie śpię całą noc, żeby tylko przeczytać co będzie dalej....

Prawdę mówiąc „Dotyk Julii” zrobił na mnie średnie wrażenie. Już tak mam, że po przeczytaniu powieści piszę recenzję, ale kiedy ochłonę spoglądam na nią trzeźwym okiem i wiem, że właśnie wtedy czuję to co czuć powinnam.

 „-Nie możesz udawać, że jesteś nie do zdobycia, mała- Unosi brew- Nawet nie mogę cię dotknąć. W tych okolicznościach „nie do zdobycia” to zupełnie nowa kategoria. Wiesz, o co mi chodzi.
-Boże- poruszam bezgłośnie ustami, kręcąc głową- Jesteś szalony.
Pada na kolana.
-Szaleję z miłości do ciebie!
-KENJI! „

Nim sięgnęłam po „Sekret Julii” musiałam przypomnieć sobie poprzednią książkę, co jest dość dziwne, bo zazwyczaj dobrze wiem co było wcześniej. To dało mi do myślenia... zastanawiałam się gdzie jest problem.. we mnie czy w całej tej serii? Nie znalazłam odpowiedzi, bo przepadłam w drugiej części książki o przygodach Julii.


Muszę to powiedzieć. Muszę powiedzieć, że Punkt Omega momentami przypominał mi ośrodek szkoleniowy z X-mena! :D Nie wiem dlaczego? A może wiem... tam też znajdowali się ludzie z wielką mocą i czymś czego nie ma zwykły śmiertelnik.

 „Sekret Julii” początkowo nie przypadł mi do gustu. Ciągnął się jak flaki z olejem. Julia się nad sobą użalała... Adam chodził jakiś przybity i tylko Kenji strasznie mnie bawił i sprawiał, że brnęłam dalej. Jednak w pewnym momencie coś się zmieniło... nagle nie potrafiłam oderwać się od książki i z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów.

Nie będę ukrywać, że wszystko to za sprawą Warnera. Skubany. Ciągnie mnie w książce do niego, prawie jak w „Pamiętnikach wampirów” do Damona. Zły i dobry brat. Coś w tym guście.
Już w recenzji pierwszej części byłam za tym dziewiętnastolatkiem, ale tutaj, tutaj to ja jestem tylko za nim...(okey.. może jeszcze troszkę za Kenji). Autorka maksymalnie skupiła się na Warnerze. Na tym jaki jest.. na tym co czuje i na tym jak działa na Julię. Odniosłam wrażenie, że „Sekret Julii” powinien nazywać się raczej „Nowy Warner” :D Mogłabym się godzinami rozwodzić nad tym chłopakiem, nad tym jak bardzo przypadł mi do gustu i nad tym jak bardzo było mi go szkoda.

„-Jestem bez serca-mówi. Jego słowa są zimne, puste, skierowane gdzieś do wewnątrz- Jestem sukinsynem, bezlitosną kanalią bez serca. Nie dbam o uczucia innych. Nie obchodzą mnie ich lęki, ich przyszłość. Nie obchodzi mnie, czego chcą, czy mają rodziny czy nie, i nie żałuję, nigdy nie żałowałem niczego, co zrobiłem.[...]
-Przecież mnie przepraszałeś- mówię- Wczoraj mnie przepraszałeś...
-Ty to co innego-przerywa mi- Ty się nie liczysz. „

Całość wypada dość ciekawie. Co prawda ja się jakoś nie szczególnie skupiałam na świecie stworzonym przez Mafi. Walka.. wojna... dobro, zło-to wszystko mi gdzieś umknęło, bo moje myśli ciągle krążyły wokół psychiki bohaterów. To według mnie było ciekawsze niż całe to tło. Chociaż nie mówię, że nowy świat...świat Tahereh Mafi jest zły, o nie!

„Sekret Julii” polecam każdemu, bez wyjątku. Za to, że autorka sprawia, że spojrzenie na świat i na ludzi już nigdy nie będzie takie samo. Miłość zmienia człowieka, miłość sprawia, że nawet największy drań zmienia się w człowieka, a ten kto traci ukochaną będzie walczył do końca i znajdzie sposób by z nią być.

„Otula moją twarz, tak jakby była z puchu. Stoi tak i patrzy, jakby nie mogł uwierzyć, że złapał ptaka, który zawsze tak rozpaczliwie chciał odlecieć. Delikatnie drżą mu dłonie, ledwie wyczuwam to na skórze. Nie ma już chłopaka z pistoletem i szkieletami w szafie. Te ręce nigdy nie trzymały broni. Te ręce nigdy nie zadawały śmierci. Te ręce są doskonałe, dobre i czułe.[...]
-Proszę
Mówi:
-Proszę, nie strzelaj do mnie za to.
I całuje mnie.” 

Miałam dodać ten post za kilka dni, ale nie spałam całą noc, bo tak mnie wciągał więc chcę poznać wasze zdanie! 


Książka: "Sekret Juli" Tahereh Mafi wyd.Otwarte 2013 str.440 

Nawiasem mówiąc jest książka Destroy Me. Nie wie może ktoś gdzie mogę znaleźć chociaż by ebooka po polsku? Bo z moim angielskim nie idzie mi jej czytanie :(