poniedziałek, 29 grudnia 2014

Blogger czy już nie blogger?

Czołem
Żyję sobie jeszcze jakoś tak po woli bezsensu i bloga. Nie zapomniałam o nim. Po prostu jakoś nie dogaduję się z klawiaturą, książkami i ze wszystkim co przydałoby się polubić, żeby napisać coś z sensem.
Muszę jeszcze wywiązać się z kilku spraw więc podejrzewam, że na dniach pojawi się kilka postów, a później ciężko stwierdzić.

Chciałabym wam przy okazji życzyć najlepszego w życiu Sylwestra i bardzo dobrego Nowego Roku. Mam nadzieję, że 2015 zostanie na długo w waszej pamięci zwłaszcza w tym miejscu gdzie przechowujecie najwspanialsze wspomnienia.

środa, 26 listopada 2014

"Maria Antonina. Z Wiedna do Wersalu" Juliet Grey


Odrobinę mi wstyd. Często już tak mam. Właściwie od początku października, a może i nawet wcześniej gdzieś głęboko w podświadomości kłębi się to znienawidzone uczucie, którego nazawa zaczyna się na w...

Nie będę się tłumaczyć,bo jaki to ma sens. Nie będę zapewniać co jak i kiedy napiszę, bo nie wiem. Cierpię na studiowanie. Dokładnie. Najlepszy okres życia spędzam między książkami, ale nie chcenie o nich czytać. Uwierzcie mi na słowo. 

Dodatkowo zostawiłam w rodzinnym mieście ukochaną bibliotekę, a do innej jakoś nie mam ochoty poczłapać. Nowości nie czytam, bo nie mam czasu. Odgrzewam stare kotlety, bo tak łatwiej i przyjemniej, po całym dniu na uczelni dobra strawa książkowa nie jest zła. Ważne, żebym nie musiała myśleć. Dobrze, że są chociaż weekendy w domu. W azylu i czymś co zdecydowanie sprzyja lekturze. 
"Niech inne kraje prowadzą wojny, ty, szczęśliwa Austrio, żeń się."
Tak udało mi się sięgnąć po powieść Juliet Grey, po opowieść o Marii Antoninie, królowej, która musiała przejść bardzo długą drogę, by stać się idealną Delfiną. Zostałam całkowicie urzeczona tą młodą osóbką. Autorka stworzyła naprawdę miłą i sympatyczną postać, aż boję się czytać kolejne części, bo przecież wiemy jak to się skończy. 

Starałam się nie zwracać uwagi na zakończenie znanej historii Rewolucji Francuskiej, ale nie da się czytać o wielkiej Marii Antoninie nie patrząc na nią przez pryzmat jej poczynań w "czasie rzeczywistego panowania". 
"Jeśli istniał jakiś sposób, aby zadowolić wszystkich , chciałam go poznać ."
"Z Wiednia do Wersalu" to takie małe preludium całej opowieści. Wstęp, który miał za zadanie ukazanie młodej niewinnej dziewczynki, która nagle zostaje wrzucona w sidła zła, a może raczej sidła francuskiego dworu. Przypominało to troszeczkę drogę Marii Stuart, ale to już inna historia. Chociaż łączy je jeden aspekt. Młode i dość naiwne panienki nagle muszą dorosnąć. Dostają męża, pałac, piękne suknie, ale cena jest o wiele wyższa. Maria Antonina zapłaciła bólem zębów nosząc aparat czy też drętwieniem karku przez wielkie fryzury, ale opłacało się. 

Na oczach czytelnika niesforna Marysia, biegająca po wiedeńskim ogrodzie, przeradza się w piękną, dostojną Marię, którą nagle zaczynają łączyć z mężem nie tylko interesy. Książka Grey jest ciekawą i dość pouczającą lekturą. Minusem może jest język, który ni jak pasował mi do całej otoczki, ale przecież o to chodzi. O jego prostotę, by lektura była jak najmilsza i jak najbardziej zrozumiała. 
"Opanowana bezmyślnym pragnieniem zdobycia czegoś pięknego , nie pomyślałam o konsekwencjach . Przez zwykłą chciwość zniszczyłam coś , co podziwiałam "
Chęć sięgnięcia po kolejną część powinna być dla was najlepszą rekomendacją! 

Książka: "Maria Antonina. Z Wiedna do Wersalu" Juliet Grey wyd. Bukowy LAs 2013

niedziela, 9 listopada 2014

"Wszystko zależy od przyimka" Bralczyk, Miodek i Markowski w rozmowie z Jerzym Sosnowskim




Tylko się nie śmiej. Znowu pomyślą, że jesteś wariatką. Proszę Cię. Tak mniej więcej mówiłam sobie przez całą podróż, kiedy na moich nogach spoczywała bardzo przesympatyczna książka "Wszystko zależy od przyimka", a ja starałam się szybciutko przez nią przebrnąć, bo zdawałam sobie sprawę, że nie będę miała czasu.
"Psychologicznie byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy nie mogli czasem powiedzieć "Weź se to i daj mi spokój!"
Musicie sobie wyobrazić minę ludzi w przedziale, gdy pod nosem sobie chichotałam. Zaskoczę was może tym bardzo, ale czytanie o języku wcale nie musi być nudne! Ba staje się nawet ogromną przyjemnością!

Nie spodziewałam się, że kiedyś sięgnę po taką powieść, a może raczej rozmowę rzekę, bo właśnie taką formę przyjmuje całe to dzieło. Trzech znanych językoznawców Miodek, Markowski i Bralczyk prowadzą sobie "luźną gadkę" z dziennikarzem Jerzym Sosnowskim i w ten sposób wciągają czytelnika w świat języka polskiego. 
"Czy wulgaryzmy to błędy językowe? Nie, chyba że ktoś wyraz na "ka" zapisze przez o z kreską. Wówczas to błąd ortograficzny. Wulgaryzmy to błędy kulturowe"
Naprawdę "Wszystko zależy od przyimka" kojarzy mi się z taką małą lekką pogadanką. Wyobraźcie sobie stół i pięć krzeseł. Dziennikarz zadaje pytanie, Oni odpowiadają, a ty cichuteńko siedzisz i robisz notatki. Ba nawet Ci to ułatwią, bo co ciekawsze informację "zaznaczą" na zielono. 

Ciężko opisać tematy jakie zostały poruszone, bo mam wrażenie, że wszystkie. Zaczynając od lekkich zagadnień do skończywszy na ciężkim kalibrze. Początek czyta się lepiej, bo łatwiej wszystko zrozumieć. Mniej tam fachowości i zagmatwania, więcej luzu i humoru, ale to raczej naturalne, że im dalej brniemy w językoznawstwo tym jest trudniej.
"Język ma gorączkę. Ze wszystkim przesadzamy. Nie można się już czymś interesować, nie można mieć zainteresowań, tylko pasję trzeba mieć. Nie możemy się czymś niepokoić, tylko od razu nas to bulwersuje"
"Wszystko zależy od przyimka" to jednak nie suchy podręcznik! To naprawdę przemiła przygoda. Rozmówcy Sosnowskiego są przemili i sympatyczni. Opowiadają o języku z taką gracją i lekkością, że czytelnik wcale nie czuje, że czytając czegoś się uczy i to jest chyba najpiękniejsze! 

Jestem bardzo wdzięczna pewnej Pani, że dostałam od niej książkę. Co prawda przez chwilę żałowałam, że nie poszłam na filologię polską, bo ONI tak pięknie mówią o języku, ale później pomyślałam, że dzięki temu czytanie takich dzieł może być moją pasją i to bardzo mi odpowiada. 
Dlatego bardzo polecam "Wszystko zależy od przyimka", bo to wielka kopalnia wiedzy, nawet dla najbardziej opornych!

Książka: "Wszystko zależy od przyimka" Bralczyk, Miodek i Markowski w rozmowie z Jerzym Sosnowskim wyd. Agora 2014 str.288

środa, 29 października 2014

"Rywalki", "Elita", "Jedyna" Kiera Cass


Romantyczna dusza, a może raczej pragnienie bycia księżniczką nigdy nie opuszcza prawdziwej kobiety, a przynajmniej tak słyszałam. Powinnam napisać o każdej z książek Kiery Cass osobno, ale nie ukrywajmy, że brak czasu i ogólne rozleniwienie, a może raczej życie w innej czasoprzestrzeni odrobinę mnie ogranicza. 
"Czasami, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich"
I tak siedzę sobie w wygodnym fotelu, czego nie robiłam już prawie od miesiąca i cicho stukam palcami w klawiaturę, zastanawiając się jak to możliwe, że brakuje mi czasu na książki. To odrobinę deprymujące, że jestem tu gdzie jestem i jestem z tego strasznie zadowolona. Ponoć blogi umierają śmiercią naturalną. Mam nadzieję, że ten się nie da tak łatwo.
"W większości przypadków, kiedy kobieta płacze, wcale nie chce, żeby ktoś rozwiązał jej problem. Chce tylko usłyszeć, że wszystko będzie w porządku."
Ale nie o tym jak to dziwnie i kolorowo u mnie jest miało być przecież. Powiem teraz jasno i wyraźnie...jeśli ktoś nie miał przyjemności poznać książek niech w tym momencie zaprzestanie czytania recenzji. Przyjmij drogi czytelniku, że warto. Po prostu i wróć jak przeczytasz!
"(...) Nie rozumiem, jak to możliwe, że dalej mnie kochasz.-przyznałam się.-Tak po prostu jest. Niebo jest niebieskie, słońce jest jasne, a Aspen na zawsze kocha Americę. Tak już został urządzony ten świat."

Dlaczego ostrzegam? Z prostej przyczyny mogę coś zaspojlerować, a nie chciałabym odbierać przyjemności z czytania. Schemat całej serii jest bardzo prosty. Dziwne społeczeństwo, nowe reguły i ktoś kto się buntuje by z czasem coś zmienić. Banalne? Ależ oczywiście, ale kurcze uwielbiam takie ckliwe banały. Naprawdę się przy nich relaksuję, chociaż nie mówię, że "Wszystko zależy od przyimka" czy "Jakbyś kamień jadła" są gorsze, a może lepsze (zależy od punktu widzenia) chodzi mi o to, że takie banały są chwilą w której nie myślę o świecie. To chwila dla mnie. Lekka czysta i odrobinę oszałamiająca głupotą, ale jednak chwila przyjemności. 
"- Nie płacz, skarbie. Gdybym mógł, oszczędziłbym ci łez na resztę życia.Oddychałam z trudem, ale zdołałam wykrztusić.
- Nigdy więcej cię nie zobaczę. To moja wina.
Maxon przytulił mnie mocniej.
- Nie, ja także powinienem być bardziej otwarty.
- Powinnam być bardziej cierpliwa.
- Powinienem był ci się oświadczyć tamtego wieczora w twoim pokoju.
- Powinnam była ci na to pozwolić."

Opowieść Cass skupia się na pięknej Americe, Księciu i jeszcze jednym Panu. Do tego została dodana szczypta magi "bycia królewną" i tak narodziła się seria prawie idealna. Dlaczego prawie? A no dlatego, że jest bardzo zbliżona do innych. Teoretycznie koncepcja inna, ale tematyka dość płytka. Wgłębiam się może w nadmierne szczegóły banalności i na tym już skończę. 
"- Postaraj się nie wpakować w żadne kłopoty pod moją nieobecność, dobrze? - poprosił żartobliwie.Przy Kriss nie próbował żartować. Czy to coś znaczyło? Uniosłam prawą rękę.
- Obiecuję, że będę się starała zachowywać wzorowo.
Maxon roześmiał się.
- Świetnie, to mam o jedno zmartwienie mniej."

Autorka ma lekkie pióro, dość lekkie żebym pochłonęła całą serię w trzy dni. Już dawno nie wolałam książki zamiast jedzenia. Nawet jak kipi banalnością. Wydaję mi się, że to największa zaleta serii. Każda z tych książek jest na swój sposób piękna i ciekawa, ale sprowadza się ku happy endowi, co raczej troszeczkę spłyca oryginalność, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo prawda? 
"Nie jesteś światem, ale jesteś tym, co sprawia, że ten świat jest dobry. Bez ciebie wciąż żyję, ale to wszystko co jestem w stanie robić."
Reasumując wszystkie te trzy części są godne polecenia, chociaż tak naprawdę nie wiem dlaczego. Strasznie często mi się to ostatnio zdarza, ale jeśli macie ochotę przenieść się do prawie bajkowego świata, wcielić się w księżniczkę, która ma zdobyć księcia i przy tym się nie wynudzić to polecam gorąco!

"To nie będzie "Żyli długo i szczęśliwie".To będzie o wiele więcej."

czwartek, 23 października 2014

"Hopeless" Collen Hoover


Uczucia są jak skrzaty. Małe i większe. Wszystko chyba zależy od punktu widzenia, albo siedzenia jak kto woli. Bardzo długo czekałam aż wszechobecna książka Colleen Hoover trafi w moje łapki. Doczekałam się i właściwie nic się nie zmieniło w moim życiu. 
"Nie będę życzyć sobie idealnego życia. Rzeczy, które przewracają cię w życiu są testami, zmuszają cię do wybrania pomiędzy poddaniem się i leżeniem na ziemi, a otarciem kurzu i powstaniem jeszcze wyżej niż stałeś zanim zostałeś przewrócony. Wybieram stanie wyżej."
Ogólnie rzecz ujmując chyba ciągle chcę wam udowadniać, że wszystkie hity wydawnicze mnie nie ruszają. Może to przypadek? A może po prostu nie daję się złapać całej tej komercji? Właściwie to daję się, bo przecież czytam wszystko to co czytają inni. Problem pojawia się w chwili, w której kończę daną powieść. Docieram do ostatniego zdania i się zastanawiam po co ja to czytałam?

W całym tym nieudolnym i szalonym życiu studenckim znajduję moment na powieść. Wybieram ją teraz bardzo selektywnie, bo nie każde tomisko mogę przywieźć z domu. Chociaż żałuję, bo chciałabym mieć wszystkie "dzieci" obok siebie. Żałuję, ale tylko odrobinkę, że zatrzymałam się na dłużej przy "Hopeless". 
"Jedną z rzeczy, za które kocham książki, jest to, że dzieli się w nich ludzkie losy na rozdziały. To niesamowite, ponieważ nie można tego zrobić w prawdziwym życiu. [..] Niezależnie od tego, co się dzieje, życie toczy się dalej, czy ci się to podoba, czy nie, i nigdy nie możesz pozwolić sobie na to, żeby się zatrzymać i po prostu złapać oddech."
O czym tak w skrócie jest ta powieść? A o dziewczynie, która jest inna i złym facecie, który w sumie okazuję się całkiem inny niż można by się spodziewać. Strasznie to schematyczne. Początkowe rozdziały wbiły mnie w fotel. Naprawdę! Autorka w zgrabny sposób przedstawiła rodzące się uczucie między Sky, a Holderem. Czytałam o nich z wypiekami na twarzy chłonąc każde słowo. 

Później było co raz gorzej, bo właściwie o czym pisać jak już nasza para się połączy? Najlepszy byłby jakiś wątek paranormalny, ale nie tutaj. W "Hopeless" otrzymamy opowieść która troszkę mnie zaskoczyła. Była jednocześnie nieprawdopodobna i dziwnie prawdziwa. Chociaż dość szybko wszystko się rozwiązało i powiało nudą. Chciałabym powiedzieć dlaczego, ale nie chcę niepotrzebnie wam spojlerować. Jak przeczytacie to wtedy pogadamy :D
"Do tej pory nie wierzyłam, że będę w stanie dzielić serce z jakimkolwiek mężczyzną, a co dopiero że oddam mu je w całości."
Nie wiem co myśleć o "Hopeless" jestem raczej obojętna po przeczytaniu. Początek bardzo na plus, ale końcówka mocno mnie rozczarowała. Szkoda, bo zapowiadała się przednia lektura.

Książka:Hopeless Collen Hoover wyd Otwarte Kraków 2014 str.278

niedziela, 5 października 2014

Stos #13

Stos trzynasty... Trzynastka to ponoć pechowa liczba. W sumie mieszkam teraz w mieszkaniu pod numerem trzynastym to mówię, że to najszczęśliwsza liczba. Zobaczymy za rok. 
Dzisiejsze zdobycze zaprezentuję dość chaotycznie. Wybaczcie, ale życie na dwa domy jest trudne. Staram się po woli zwozić tutaj książki, ale na weekendy muszę mieć coś w domu. Stąd dzisiejszy misz masz zdjęć. 

Chciałam was też bardzo przeprosić...
Nie miałam ostatnio czasu pisać, a zwłaszcza zaglądać na wasze blogi. Moje życie zmieniło się o 360 stopni i chyba dopiero od dzisiaj jestem w stanie powiedzieć "Przyzwyczajam się". 
Niestety też nie napiszę dokładnie co to za powieści, skąd jakie wydawnictwo itd, ponieważ fizycznie mam w mieszkaniu tylko jedną z tych książek. Zdjęcia są jakie są...widać. Trzymajcie się cieplutko. Dzisiaj mam zamiar wszystko nadrobić. 




Seria o przyszłej książnice już za mną. Za to "Hopeless" czeka cierpliwie podobnie jak inne książki, które mam nadzieję jak najszybciej wchłonąć i wam o nich opowiedzieć. A wy znaleźliście coś dla siebie? 

środa, 1 października 2014

"Planeta dobrych myśli" Beata Pawlikowska



Zaczęły się studia. Zaczął się też brak czasu. Poznawanie nowego miasta, zmiana życia i to wszystko jest przytłaczające. Mam gdzieś na dnie komputera kilka zaległych recenzji więc nie powinno wiać nudą, ale wiem, że z czytaniem tego co mam, a przede wszystkim na zdjęcie nowego Stosika będziecie musieli troszeczkę poczekać. Chociaż już dzisiaj prezentuję książkę, która w nim się na dniach pojawi. 

"Planeta dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej to bardzo dziwna książka. Przypomina raczej pamiętnik lub dziennik ze złotymi myślami. Autorka w zabawny sposób przedstawiła nam  złote myśli, które powinny winikać w nas jak woda w gąbkę. 

Niektóre z nich były naprawdę interesujące. Głównym tematem jej okazał się samorozwój i akceptacja siebie. Podróżnicza opowiada o tym, że bez polubienia najważniejszej osoby, jaką jesteśmy my sami nic nie osiągniemy. Można się łudzić i próbować, ale w ostateczności tak przegramy z góry już ustaloną walkę. 

Ciekawym rozwiązaniem w "Planecie dobrych myśli"  są przesympatyczne rysunki i żółte kartki. Początkowo nie byłam przekonana do takiej formy piśmiennictwa. Wydawała się bardzo dziwna i nie w moim stylu. Chociaż coś od początku mnie do niej przyciągało. I tak skusiłam się na nią gdy tylko zobaczyłam wystający grzbiet. Sama nie wie czy to była dobra decyzja... Teoretycznie jest jest to zła książeczka, ale w praktyce znalazłam w niej kilka ciekawych rad czy też złotych myśli. Coś nie do końca się zgrałam chyba z poglądami Beaty Pawlikowskiej

Powiem tak jest to specyficzna książka. Coś na ząb taka mała przekąska... ponieważ tak naprawdę "Planeta dobrych myśli" nie wniosła nic do mojego życia. Specjalnie nie zapamiętam "dobrych myśli", ale...zawsze jest jakieś ale. Spędziłam z tą pozycją miłe popołudnie i często na mojej twarzy gościł uśmiech. Dlatego mimo wszystko polecam. Może akurat wy znajdziecie tam jakąś dobrą, złotą radę? 

sobota, 27 września 2014

Melancholijna rzeczywistość



Chciałam 
Bardzo wielu rzeczy
Chciałam 
I dostałam
Ostrożnie z marzeniami
Mówili
Nie słuchałam. 

Deszcz uderza niezgrabnie o szybę. Znowu zapaćka mi okno. Nawet nie mam siły się na niego gniewać. Już tak dostaje odłamkami ludzkiego smutku, bo najlepiej powiedzieć, że to jego wina. Rzeczywiście deszcz ma przechlapane...podobnie zresztą jak jesień i może też zima. Chociaż właściwie lato z upałami też nie jest wychwalane. Ludzie to takie dziwne istoty...

Dzisiaj powinnam się cieszyć. Skakać jak niewinne małe dziecko i krzyczeć, że w końcu dopięłam swego i moje marzenia się spełniają. Zamiast tego siedzę w chusteczkami i wydmuchuje nos. Spokojnie nie płaczę...prawie nigdy nie ronię łez. To ten paskudny katar. Katar też ma ciężkie życie. Właściwie można go uznać za zło wcielone. 



Ciężko mi się uśmiechać. Nawet gdy ktoś podaje mi kawałek tortu. Lubię urodziny. Nie mam nic przeciwko wszechograniającemu mnie zadowoleniu, ale później nadchodzi paraliżujący strach. Życie po dzisiejszych kęsie się zmieni. Nawet nie chcę o tym myśleć. Sama chciałam... jakoś tak teraz mam ochotę schować się mysiej norze i przeczekać. Nie wiem czy jesień czy już całe życie. 

Melancholia to takie śmieszne uczucie. Szczypta smutku i wspomnień, radości i gniewu. Kto zdefiniuje melancholię zrozumie jak czuje się winna całemu złu jesień, bo przecież to jej wina? A może to jednak wina ludzi... 

Nie wiem...


czwartek, 25 września 2014

"Złodziejka książek" Marcus Zusak


Pogoda nas nie rozpieszcza. Co prawda spędziłam kilka uroczych dni w otoczeniu kolorowych liści i pięknego jesiennego słońca, ale później nadszedł deszcz i grypa. Oczywiście nie mogło się obejść bez tej paskudnej, wkradającej się co roku do mojego organizmu "cholery". Wybaczcie wulgaryzmy, ale za każdym razem gdy mnie odwiedza ta nieciekawa koleżanka trafia mnie...szlak. Oczywiście bezkarnie poplątała wszystkie moje plany. Nie mówię nawet o tych blogowych, ale też życiowych. Tak z zasmarkanym nosem latam między półkami i niezgrabnie się pakuję. Nie mając nawet siły i ochoty dotykać komputera. Ponoć przygoda życia nadchodzi... może podobne odczucia miała Liesel gdy podróżowała z mamą? 
"Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie."
Nie wiem. Powinnam zasunąć sobie patelnią, że jestem w stanie porównywać jakieś swoje błahe odczucia do życia tej sympatyczne, lecz doświadczonej dziewczynki. Długo zwlekałam z lekturą "Złodziejki książki". Prawdę mówiąc nie wiem nawet dlaczego. Dobrze nawet nie wiedziałam czego się spodziewać. Naprawdę cała ta historia bardzo mnie zaskoczyła. 

Gdzieś tam między jedną a drugą herbatą czytałam o autorze, który narratorem swojej opowieści uczynił Śmierć i właściwie o śmierci i kresie będzie pisał. Właściwie o czym tu pisać gdy porusza się temat wojny i Holocaustu. Powinnam się więc psychicznie przygotować na opowieść jaką dostałam. Jak zwykle nie byłam. 

Liesel jest małą dziewczynką gdy w czasie podróży umiera jej brat. Po raz pierwszy spotyka się ona z tym osobliwym zjawiskiem, ale tak naprawdę do końca życia nie zmyje z siebie obrazu martwego dziecka. Dzięki niemu, a może przez niego zbliży się z czasem do Papy, mężczyzny, który wraz z żoną adoptują Złodziejkę Książek, która przybędzie do ich domu z nowym nabytkiem-książką. 
"Drobna uwaga. Na pewno umrzecie."
Początek może niezbyt porywający, chociaż narrator sam w sobie jest uroczy. Nie wiem czy wypada napisać, że Śmierć jest urocza? Ale jak dla mnie to właśnie on gra główne skrzydła całej opowieści. To on wprowadza nas do hitlerowskich Niemiec. Do świata ogarniętego wojną...do małego miasteczka, które istnieje początkowo nawet nie odczuwając oddechu wojny na własnych plecach. 

Z czasem to się zmienia. Widzimy walkę ludzi o każdy kawałek chleba, biedę i rozpacz rodziny gdy najbliżsi są powoływani do wojska. Najbardziej jednak boli opowieść o Żydach. O paradach ludności, która po prostu została skazana przez jednego człowieka, a może nie jednego człowieka, bo przecież tak naprawdę za Hitlerem poszedł cały naród. Nie chcę tutaj rozpatrywać zła i dobra ludzi. To nie czas i miejsce, ale czytając "Złodziejkę książek" nie da się zapomnieć o całym cierpieniu i niesprawiedliwości. 
\"Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: "Zrób to, zrób to". Więc pracujesz coraz ciężej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy ci nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków."
Powieść Zusaka to osobliwa rzecz. Nie czytałam jeszcze czegoś podobnego. Fikcja pięknie łączy się z prawdą i prozą życia. Nie męczy nie nuży... może czasami przytłacza, ale kogo nie przytłacza wojna i śmierć tylu tysięcy ludzi? 

Książka:"Złodziejka książek" Marcus Zusak wyd. Nasza Księgarnia  2008 str.495

środa, 17 września 2014

Ulubione hobby





Kolejny dzień wyzwania. Wpadajcie i podziwiajcie blog Ulii
Dzisiaj będzie krótko i tylko jedne zdjęcie. Nie wiem czy czytając tytuł posta mieliście jakieś wątpliwości. Zastanawialiście się chociaż przez chwilkę jakie jest moje ulubione hobby? Mam wielką nadzieję, że nie....

Dowodem na tą wielką i bezgraniczną miłość jest właśnie to miejsce. Miejsce, w którym możecie przeczytać o każdej książce, która miała dla mnie jakieś znaczenie lub chociaż znalazła się w zasięgu mojego wzroku. 

Wiem, że przez to całe wyzwanie troszeczkę zaniedbałam recenzję, ale wiecie przecież, że najnowsza opina już jest "Ołówek"- czytajcie i komentujcie równie ochoczo jak posty związane z wyzwaniem. 


wtorek, 16 września 2014

Dziesięć rzeczy, o których nikt o mnie nie wie




Dzisiaj dalszy ciąg wspaniałego, bardzo kreatywnego i zmuszającego mnie do myślenia wyzwania. Naprawdę wielkie dzięki Ulu! Niezorientowanych zapraszam na blog Sen Mai

Długo się zastanawiałam co mogę napisać. Prawdę mówiąc jestem jak wielka, otwarta i gadatliwa księga, z której można czytać bez żadnego ale. Naprawdę nie mam tajemnic. Nie potrafiłam nawet wymyślić dziesięciu rzeczy. Postanowiłam, że podzielę się z wami rzeczami, o których mało kto wie, bo mogę wam zagwarantować, że są na tym globie istoty, które i to gdzieś mają ukryte na dnie swoich umysłów, chociaż pewnie nawet nie zdają sobie z tego sprawy. 

1.Nienawidzę natki pietruszki. Nie ważne gdzie i w jakiej postaci. Wyczuję jej zapach wszędzie. Chociaż paradoksalnie uwielbiam jeść korzeń...

2. Czasami starsi ludzie wywołują u mnie dziwne uczucia. Coś na podobieństwo ... wybaczcie nie wiem jak to określić. 


3. Od dawna zajmuję się fotografią, chociaż tak naprawdę nie lubię gromadzić zdjęć. Nie mam pamiętnika. Nie lubię wspomnień. Może to zabrzmi dziwnie, ale zawsze mnie przygnębiają. Nawet te najlepsze.

4. Od czasów podstawówki piszę książki i opowiadania. Żadnej powieści jeszcze nie skończyłam. 

5. Mam sześć słodkich kotów, które zawsze poprawiają mi humor. 


6. Nie znoszę horrorów, chociaż czasami pod przymusem i namową oglądam.

7. Uwielbiam słodycze, chipsy i chyba jestem uzależniona od frytek i zielonej herbaty

8. Nie potrafię śpiewać i bardzo się wstydzę gdy muszę to robić. Nawet dla żartów i zabawy. 

9. Kocham samotność. Uczucie jedności z sobą samą. Ciche wieczory podczas których najlepiej mi się myśli. 

10. Zabrzmi to dziwnie, ale ostatnie miejsce to po prostu stwierdzenie... i przyznanie się do tego, że mam bloga. Naprawdę jest bardzo mało osób "w realnym życiu", którzy o nim wiedzą. 


Macie taką listę dziesięciu rzeczy, a może podobnie jak u mnie wszczyscy wszystko o was wiedzą? 

Ps, Oczywiście blog nadal pozostaje blogiem o książkach i filmach. Od rana możecie przeczytać recenzję "Ołówka" Katarzyny Rosickiej-Jaczyńskiej.Więc nie martwcie się. Szepty Wyobraźni nadal są o książkach...przede wszystkim :D 

*obrazki pochodzą z google lub weheartit


"Ołówek" Katarzyna Rosicka-Jaczyńska



Nie przepadam za takimi książkami. Prawdę mówiąc nawet ich nie czytam. Nie lubię zagłębiać się w dramaty i codzienność ludzi. Często moje własne życie mnie dołuje. Książka powinna dostarczać rozrywki, powinna przenosić mnie do innego wymiaru. 

Czasami jednak mam ochotę, albo po prostu bez żadnych powodów czytam coś co zaprzecza całej mojej teorii. Zazwyczaj okazuje się to błędem. 

I tak było tym razem. Wiem, że "Ołówek" to prawdziwa opowieść. Katarzyna Rosicka-Jaczyńska w tej niewielkich rozmiarów powieści zawarła opowieść o swoim życiu. Można by było uznać, że to swego rodzaju pamiętnik, ale ja się raczej nie skłonie do takiego porównania. Pamiętniki dla mnie są jakieś inne. Widzicie absurdalność? Nawet nie potrafię dobrze sformułować myśli. 

W swojej historii autorka poświęca wiele miejsca Bogu i nie mam jej tego za złe. Przecież On zawsze jest obecny. Podobnie jak rodzina i przyjaciele, którzy w pewnym momencie nie wiedzą z kim mają do czynienia. Sprawna, pełna życia kobieta nagle choruje. Okazuje się, że jest nieuleczalnie chora. Co teraz? Co z jej życiem? Co z ich życiem?

"Jeśli tak kochasz Boga, jak mówisz, jeżeli tak Mu ufasz i tak w Niego wierzysz, nie stawiaj żadnych warunków, nie proś Go już więcej. Przecież nie jest głuchy i na pewno cię słyszy. [...]Poddaj się Jego woli, bo tylko On wie, co jest dla ciebie najlepsze, zaufaj Mu bez zastrzeżeń, zaufaj. "

"Ołówek" to próba odnalezienia drogi. Próba pokazania odpowiedzi na te banalne, ale równocześnie strasznie ciężkie pytania. Nie mi oceniać, czy powieść jest dobra, czy nie. Dlaczego? A dlatego, że to prawdziwa opowieść o ludzkim życiu i najzwyczajniej w świecie nie jestem od oceniania. Mogę tylko powiedzieć, że źle mi się ją czytało. Może przez temat,a może przez brak "łączności' i tego czegoś od autorki. Niestety nie porwała mnie swoją opowieścią, ale to nie powód, żebyście nie poznali tej opowieści. Opowieści o chorobie, o życiu i niesprawiedliwości. Chociaż właściwie te trzy słowa to pojęcia względne. Tak naprawdę czym one są? 

Książka: "Ołówek" Katarzyna Rosicka-Jaczyńska wyd. Poligraf Łódź 2011


poniedziałek, 15 września 2014

Moje miejsce pracy blogowej



Od dawna obserwuję blog Sen Mai. Nie jest to prawda miejsca, które ściśle się wiąże z Szeptami Wyobraźni i tematyką o jakiej piszę, ale sami wiecie, że często mnie ciągnie do czegoś innego. Tak też dałam się skusić na Wyzwanie blogowe. Dzisiaj nadszedł dzień pierwszy, w którym mamy coś napisać o swoim miejscu pracy blogowej i kreatywnej. Zrezygnowałam z kreatywnej, ponieważ jestem totalną nogą w sprawach artystycznych, a pisanie książek czy też inne nieznaczne próby pisarskie odbywają się w tym samym miejscu, w którym tworzę posty. 

A więc jakie jest to moje miejsce? Normalne można by powiedzieć. Nie ma tutaj  nic specjalnego. Jest biurko, na nim laptop, a nad wszystkim górują półki z książkami. Właśnie tutaj powstają wszystkie niezgrabne wpisy, jakie czytacie. Tak jak się domyślacie to ten bałagan po prawej stronie. Marzy mi się takie własne "biuro" urządzone z klasą i smakiem, ale przecież przy moim roztrzepaniu to mało prawdopodobne. 


Doskonale jednak wiecie, że nie samym blogiem mol książkowy żyje prawda? Gdzie czytam pewnie się zastanawiacie. Zazwyczaj w fotelu. Często też w łóżku, ale gdy tylko pogoda na to pozwala wyciągam się na werandzie lub tarasie. Lubię też zapach trawy i wierzby, pod którą czasami udaje mi się usiąść i sączyć słodki sok. 

Ponoć można pracować i tworzyć wszędzie. Najważniejsze to mieć wenę i coś o czym warto pisać, mówić czy tworzyć. Nie wiem czy się z tym zgadzam. Często brakuje mi powietrza, upajam się  się otaczającym mnie światem i w kawiarni nie potrafię skleić myśli. Może jednak sklejam, ale są zbyt kosmate i niezgrabne by o nich pisać. 

Najlepszym miejscem do tworzenia jest dom. Mój azyl i spokój. Obawiam się tylko gdzie się odnajdę za kilka tygodni. Czy w nowym domu...a raczej mieszkaniu znajdę swoje miejsce? Miejsce, w którym poczuję się równie bezpiecznie jak w ogromnym fioletowym pokoju? Któż to może wiedzieć...

A wy gdzie tworzycie? Albo może od razu gdzie czytacie?! :D 

niedziela, 14 września 2014

Jesienną porą ludzie wiersze piszą


Jak co roku jesień nieśpiesznie i nieśmiało zagląda do naszych okien. Czym właściwie jesteś? Mam ochotę się jej zapytać. Ciekawe czy by opowiedziała. Czy ma w sobie odrobinę żalu? Żalu za złe traktowanie i narzekanie ludzi, że w końcu nadeszła? A może po prostu "uzbroiła się w apatię"*. 
Wydaję mi się jednak, że ulubiona pora Dekadentów ma w sobie odrobinę melancholii. Zawsze ktoś musi ją w sobie mieć, bo przecież świat to nie tylko radosne lato, czy biała zima. Świat jest pełen odcieni, odcieni życia i namiętności. Nawet taka jesień ma swój urok. Zarówno w szarości jak i w kolorze. 


Wbrew pozorom i ona napaja mnie dziwną mocą. Z jednej strony marzy mi się o spędzaniu tygodni zakopaną w kocu, z książką i czekoladą w dłoniach, ale z drugiej krzyczy i mówi "Zmień coś"! 
Zaczęłam od bloga. Nie jest jeszcze idealnie, ale tak mi się podoba. Przez pięć dni posty będą przeplatane wyzwaniem, którego się podjęłam. Jeśli jeszcze nie wiecie zapraszam. Baner w kolumnie bocznej. 

Tymczasem zostawiam was ze Staffem i jego obrazem jesieni. 

JESIEŃ - LEOPOLD STAFF
Jesień mnie cieniem zwiędłych drzew dotyka,
Słońce rozpływa się gasnącym złotem.
Pierścień dni moich z wolna się zamyka,
Czas mnie otoczył zwartym żywopłotem.

Ledwo ponad mogę sięgnąć okiem
Na pola szarym cichnące milczeniem.
Serce uśmierza się tętnem głębokim.
Czemu nachodzisz mnie, wiosno, wspomnieniem?

Tak wiele ważnych spraw mam do zachodu,
Zanim z mym cieniem zostaniemy sami.
Czemu mi rzucasz kamień do ogrodu
I mącisz moją rozmowę z ptakami? 

*uzbroić się w apatię-słowa z Trenów Kochanowskiego 

piątek, 12 września 2014

"Dziewczyna na Times Square" Paulina Simons


Najbardziej boję się długich jesiennych wieczorów, przygnębiających ciszą dni, które płyną leniwie w otchłań zapomnienia. Może staję się odrobinę melodramatyczna, ale szara polska pogoda wyzwala we mnie wszystkie demony. Zazwyczaj na dokładkę serwuję sobie książki, których nie powinnam czytać. Tak po prostu wpadam więc w czarną dziurę niczym mała Alicja do króliczej norki, z tą różnią, że ona z niej wychodzi, a ja nie bardzo.
"Posłuchaj jak brzmią twoje dwa pytania. Starożytni Egipcjanie zadawali je sobie, by określić, jakie życie czeka ich po śmierci. - Po śmierci? - Pierwsze z nich brzmiało: "Czy dawałeś radość?". A drugie: "Czy znalazłeś radość w życiu?".
Do czego zmierzam tym jakże przygnębiającym początkiem? A no do powieści Paulliny Simons, którą wczoraj skończyłam i jedyne co mam ochotę po niej zrobić to zakopać się w kocu z ciepłą herbatą i nigdy nie wychodzić. 

"Dziewczyna na Times Square" wpadła do mnie przypadkiem. Czasami tak jest, że los pragnie czegoś bardziej niż my sami. Podobnie było ze mną i z tą dziwną powieścią, o której nawet nie słyszałam. Chociaż nie. Śmignęła mi kiedyś w jakimś sklepie, ale nie zwróciłam na nią większej uwagi. Chyba wiem dlaczego. 
"Gdzie jest ten pokój płaczu, proszę księdza? -Nosisz go ze sobą, moje dziecko. Pytanie brzmi, czy z niego wychodzimy, czy zostajemy tam na zawsze? I kogo wciągamy ze sobą?"
Właściwie trudno stwierdzić do jakiego gatunku można zaliczyć książkę autorki. Ma w sobie wiele elementów dramatycznych, zahacza też o lekką obyczajówkę, by w ostateczności kusić wątkiem kryminalnym. "Dziewczyna na Times Square" to taki misz masz literacki, który sama nie wiem jak wypadł. 

Początkowo dałam się porwać opowieści o młodej dziewczynie- Lily. Malarka z duszą rozbieganą na wszystkie strony świata straciła miłość swojego życia, nie stać ją na nic (standard w tak młodym wieku), a dodatkowo po powrocie z rodzinnego domu okazuję się, że jej współlokatorka zaginęła. Banalne? Ależ skąd. Strasznie mnie to zaciekawiło. Dodatkowo autorka ma lekkie pióro. Szybko udało się jej wciągnąć mnie w wartką akcję. 
"Musiał podjąć decyzję, co zrobić z Lily Quinn. Dokonać wyboru. Mieć ją albo sprawiedliwość. Ją albo w żyłach whisky zamiast krwi. Dziś w nocy wybrał whisky. Co za ulga. Nie musi myśleć o niej, nie musi rozmawiać, nie musi czuć."
Później jednak kryminał, a raczej zalążek kryminału zmienia się w dramatyczną walkę o życie. Główna bohaterka ma raka. I kurcze.. ja sama nie wiem dlaczego, ale męczą mnie te wszystkie opowieści o chorobach. Nie potrafiłam jej nawet współczuć. Męczyłam się do czasu, aż do akcji wkracza sympatyczny pan detektyw, z wielką tajemnicą u swoich stóp. 

I tak gdzieś po drodze kryminał zmienia się w obyczajówkę, a po chwili w dramat. I tak wkoło Macieja. Raz to...raz tamto. Plusem powieści jest przede wszystkim jej język, ale czasami język i początkowo porywająca historia to za mało. Z czasem "Dziewczyna na Times Square" zaczyna męczyć. Pojawiały się nad nią ciężkie gradowe chmury, które z całych sił chciały wyssać ze mnie dobrą energię, niczym Dementorzy z Harry'ego. I tak w ostatecznym rozrachunku nie polubiłam się z książką Simons, chociaż nie twierdzę, że była zła. 

"Rzeczywistość: coś, co istnieje naprawdę i czym trzeba się zająć w prawdziwym życiu.Iluzja: coś, co oszukuje nasze zmysły, łudząc nas, że istnieje, gdy wcale tak nie jest lub pozornie wygląda na jedno, choć w rzeczywistości jest czymś zupełnie innym.
Cud: wydarzanie, które zaprzecza prawom natury."
Może po prostu aura i humor mają wpływ na odbiór powieści, sama nie wiem. Nie pozostaje mi nic innego jak dać wam wolną wolę. Wiecie o czym jest książka, wiecie jakie emocje we mnie wywołała, nie umiem tylko określić ich źródła. Czy polecam? Raczej tak, bo w ogólnym rozrachunku nie jest to zła historia. Wielowątkowość jest przedziwna, ale może co cały urok tej odnalezionej gdzieś na półce powieści, o której nawet Pani Bibliotekarka zapomniała. Może z tej wdzięczności, chciała zostać przeze mnie zapamiętana. Czy się udało? Dam znać za kilka lat. 

Książka: "Dziewczyna na Times Square" Paulina Simons wyd. Świat Książki 2004. str. 480

środa, 10 września 2014

Czasopisma Corful Media


Prawdopodobnie wolne dni sprzyjają czytaniu, a zwłaszcza deszczowe wolne dni. Mam ochotę napisać "gówno prawda", ale przecież nie wypada. Więc tak.. nie jest. Mam wolne, w końcu wymarzone wakacje. Dziwnie mieć wakacje we wrześniu, ale cóż. Przywilej studentów. Jak to brzmi. Studentka... ale tak pełną gębą. Obecnie zajmuję się przeprowadzką i dopinaniem wszystkiego na ostatni guziczek. Wyprowadzam się co prawda tylko 200 km od domu, ale tak to zawsze spore wyzwanie. Ostatnio nieudolnie staram się czytać książki. Zaczęłam trzy. Żadnej jakoś nie mogę dokończyć. Czas za to umilały mi ostatnio trzy nowe czasopisma od Corful Media. 


Co tym razem przygotowali dla nas autorzy czasopism? Muszę przyznać, że byłam lekko rozczarowana. Na siłę starałam się w każdym znaleźć jakiś ciekawy artykuł. I tak w English Matters, z którego spogląda na nas bardzo pozytywna pani, przeczytałam o Jane Austen. Chociaż właściwie artykuł mnie nie porwał. Nie dowiedziałam się o autorce właściwie niczego nowego, a ekspertka od twórczości tej wspaniałej kobiety, wcale nie miała większych informacji o niej niż ja sama posiadam. Troszeczkę się zawiodłam, bo gdy tylko ujrzałam nagłówek na okładce "Jane Austen. Interview with an Expert" przeżuciłam kartki i chciałam czytać, czytać i czytać...wiecie jak to się skończyło. 


Ogromnym rozczarowaniem okazał się też Deutsch aktuell. Pierwszy raz od kiedy mam przyjemność czytania tych gazet nie miałam co z nią zrobić. Tradycyjne teksty o książkach, filmach i muzyce wiały nudą. Nie zainteresowałam się wschodzącą młodą niemiecką gwiazdeczką.Inne teksty też mnie zawiodły i momentami były zbyt zagmatwane by je zrozumieć. Szkoda. Wielka szkoda. Chociaż znalazłabym jeden plus. Cykl artykułów Reise zawsze ratuje całe pismo. A może po prostu ja lubię czytać o podróżach? Któż to może wiedzieć? 



W modowym, specjalnym wydaniu English matters znalazłam kilka ciekawych rzeczy. Miło było poczytać o Milanie,Vuitton'ie, Anji Rubik i ogólnie pojętej modzie. Moją uwagę przykuł jednak najbardziej tekst o Modowych blogach. Już od dawna wiele z nich przeglądam, może nawet kiedyś napiszę o nich kilka słów. W artykule autorka wspomina o Fifi Lapin, Facehunter, Style Bubble, Jemerced, Maffashion, gdzie ja osobiście znałam tylko te dwa ostatnie (ogólnie kto ich nie zna?). 
Gdyby nie to wydanie specjalne byłabym strasznie wkurzona, że zmarnowałam swój czas na czytanie czegoś co mnie nawet nie zainteresowało. Mam tylko nadzieję, że to wypadek przy pracy i kolejne numery będą tak dobre jak były. 


Za czasopisma dziękuję 

*Ps. Przepraszam za niedopracowane zdjęcia i ewentualne błędy w tekście, ale nie mam sił już siedzieć nad tym postem. Czasami zdarzają się takie dziwne rzeczy na blogerze, że nie panuję nad tym. A jak się już wkurzę to nic mi nie wychodzi.

środa, 3 września 2014

Romantyczna pigułka na zły humor cz. II

Nie ukrywajmy, że każdy z nas potrzebuję czasami ciepła. Najzwyczajniej w świecie pragniemy poczuć się przez chwilę lepiej niż w rzeczywistości. Są różne sposoby na poprawę humoru. Według mnie każdy jest równie skuteczny. Dla mnie zawsze najlepszym jest aktywność fizyczna, ale czasami nie ma się ochoty na życie, a co dopiero na ruszenie tyłka z kanapy. Wtedy z odsieczą przychodzą filmy, w których miłość gra pierwsze skrzydła...

I tak bezpodstawnie w zestawieniu powinny się znaleźć wszystki filmy, których fabuła oparta jest na książkach Sparksa, a mianowicie 

Ostatnia piosenka
Z dość ciekawą kreacją Miley Cyrus. 


I wciąż ją kocham 

Bezpieczna przystań 

Szkoła uczuć

Szczęściarz 

Pamiętnik

Dodałabym jeszcze kilka innych filmów, które w jakiś sposób podbiły moje serce 

LOL

Księżna
I to film raczej nie do końca pasujący do kryteriów jakie przyjęłam, ale to nie zmienia faktu, że bardzo go lubię


Robin Hood książę złodziei
To nie żart. To jeden z niewielu filmów, które mi całkowicie poprawiają humor. 


A wy macie takie poprawiające humor filmy? A może książki? Piszcie śmiało. 








poniedziałek, 1 września 2014

"Anna i pocałunek w Paryżu"Stephanie Perkins



Paryż, Paryż...miłość i miłość. Te dwa słowa idą z sobą w parze już od bardzo dawna. Mam nawet wrażenie, że od chwili istnienia tego miasta zakochani przemierzali ciemne zakątki z marzeniem odnalezienia szczęścia. 
"Przecież chodzisz do kina, bo widzisz w filmach odbicie rzeczywistości."
Takie marzenie nie jest jednak priorytetem Anny, która znalazła się we Francji z zupełnie innego powodu niż większość nastolatek w jej wieku. Po przez zachłanność swoich rodziców i chęć pokazania jest skrawka świata, młoda dziewczyna trafia do miasta zakochanych w celach edukacyjnych. 
"Więc czego mam sobie życzyć? Czegoś, czego nie wiem, czy na pewno chcę? Kogoś, kto może wcale nie jest mi potrzebny? Czy kogoś, kogo nie mogę mieć? Chrzanić to. Niech los zdecyduje. Życzę sobie tego, co jest dla mnie najlepsze."
Nie byłam przekonana do tej powieści. Od razu rzuciła mi się tandetna okładka w oczy, ale że postanowiłam wyznawać zasadę "nie oceniaj książki po okładce" dałam się skusić. Dobrze.. skusiła mnie przede wszystkim promocyjna cena. 
"Wymykam się z pokoju i natychmiast wpadam na ścianę.Ups. To nie ściana, tylko chłopak."
Początkowo nie dałam się porwać autorce, ale później przepadła z kretesem. Paryż, Anna i miłość zaczęły mnie napełniać jakimś dziwnym ciepłem, które rozchodzi się do tej pory po moim ciele. 
Problem polega tylko na tym, że "Anna i pocałunek w Paryżu" przeczytałam dwa razy. Za pierwszym nasze spotkanie było bardzo owocne. Aż tak, że nie byłam w stanie nic napisać. Czasami książki nas przytłaczają i za nic nie jesteśmy w stanie wydobyć z siebie głosu. Kiedy minęła fala zachwytu i uwielbienia dla bohaterów, a zwłaszcza takiego jednego pana- S. Clair'a., postanowiłam spiąć się w sobie i dać jej kolejną szansę. Może nie szansę, bo przecież bardzo mi się podobała.. to była raczej szansa dla mnie na trzeźwe ocenienie całej powieści i napisanie recenzji
"Im lepiej wiesz, kim jesteś i czego chcesz, tym rzadziej pozwalasz, żeby coś wytrąciło cię z równowagi."
I wiecie co wam powiem? A nic wam nie powiem! Ot.. starałam się znaleźć wady. Banalność historii i jej lekkość początkowo zaliczyłam do wad, ale po dłuższym przemyśleniu stwierdziłam, że to one właśnie nadają cały urok książce, która bez nich nie byłaby taka sama. 
"Nie zawsze musisz sam rozwiązywać swoje problemy, wiesz? Właśnie po to ludzie zwierzają się przyjaciołom."

Historia Anny jest prosta. Można powiedzieć, że nawet dość schematyczna. Dziewczyna zmienia otoczenia, odnajduje przyjaciół i miłość, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że czyta się o tym naprawdę przyjemnie. A do tego ten niesamowity Paryż. Pachnące poranną kawą uliczki, piękni młodzi Francuzi i ona Amerykanka, z którą razem poznajemy uroki francuskiego miasta. 

Książka: "Anna i pocałunek w Paryżu"Stephanie Perkins wyd. Amber 2013


sobota, 30 sierpnia 2014

"Ukryta brama" Eva Voller



Dziewczyna w atramentowej sukni nieśpiesznie przemierza ciemne ulice miasta. Jedynym źródłem światła jest wątły księżyc, nieśmiało wychodzący za chmur. Kilka minut temu padało, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego to Londyn. Królewskie miasto. 
"-Skoro ja mam dostać garderobianą, czy ty nie powinieneś mieć kamerdynera?
-Ależ mam kamerdynera. Nazywa się Meeks i wygłosił przede mną długi wykład o tym, że prawdziwi dżentelmeni obecnie czeszą się à la Brutus.
-Brutus? Chodziło mu o tego gościa, który zabił Cezara?
-Chyba tak.
-Miał fryzurę jak z tunelu aerodynamicznego?
-Nie mam pojęcia, tak podejrzewam.
-To by przynajmniej tłumaczyło, dlaczego dziś jesteś taki rozczochrany. Już myślałam, że nie znalazłeś grzebienia.".
Anna i Sebastian tym razem trafiają do Anglii. Ich kolejna podróż w czasie dostarcza czytelnikowi nie lada emocji. Zapomniałam już jak dobrze mi się czytało poprzednie części. W serii stworzonej przez Eve Voller jest pewien magiczny pierwiastek i wcale nie mam tu na myśli podróży w czasie, chociaż są one jednym z atutów całej książki. Uwielbiam czytać powieści, które przenoszą mnie do dawnych dni. W "Ukrytej bramie" po raz kolejny autorka świetnie oddała klimat historycznych dni. XIX-wieczny Londyn wchłonął mnie i wcale i nie chciał wypuścić. Coś mnie trzymało w książce i krzyczało "czytaj mnie...czytaj". 
"Przedtem Sebastiano przytulił mnie mocno.
- Uważaj na siebie!
- Nie martw się. - Wskazałam na swój kark. - Mam tu prywatny alarm przeciwpożarowy.
- Poczekaj. Dam ci coś jeszcze. Może to też odrobinę doda ci sił - Wyjął z górnej szuflady komody małe, obciągnięte aksamitem pudełeczko i mi je podał. - Proszę. Prawdopodobnie powinienem przy tym paść na kolana, ale to by mi zniszczyło przebranie, dlatego wyjątkowo niech będzie tak. Ale z miłością.
- Och. - Czując suchość w gardle, otworzyłam pudełko. Znajdował się w nim delikatny pierścionek z małym, lecz cudownie iskrzącym się kamieniem.
- To jest... - Zająknęłam się.
- Pierścionek - wtrącił Jose usłużnie. - Dokładnie rzecz biorąc, pierścionek zaręczynowy."
Pamiętam, że "Złoty most" nie był dla mnie ciekawy. Odosobnienie bohaterów zdecydowanie działało na niekorzyść całości. Na szczęście w tej części Eve Voller połączyła ze sobą główne postacie i tak oprócz wątków historycznych i tych związanych z ratowaniem świata, otrzymałam niezłą historię miłosną.
" [...] Mam już dość tego, że przynajmniej raz na rok ktoś do ciebie strzela albo rani cię nożem. Musimy z tym skończyć. Moje dzieci muszą dorastać z ojcem."
Wydaję mi się, że polecanie trzeciej części jest raczej zbyteczne, bo jeśli ktoś przeczytałam poprzednie i po tą sięgnie. Dlaczego? Po prostu z ciekawości lub z chęci zagłębienia się w klimacie książki, który jest zdecydowanie czarujący i wciągający. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was na podróż do Londynu, najlepiej ze szczyptą humoru i zmysłem piękna, bo jest czym się zachwycać oczywiście nie mówię tu tylko o okładce "Ukrytej bramy" 

Książka: "Ukryta brama" Eva Voller wyd. Egmont


piątek, 29 sierpnia 2014

"Czarownica" ("Maleficent") 2014


Nie ma nigdy białej i czarnej strony. Nie zdarzają się w życiu sytuacje jasne i klarowne. Nawet szczęście i cierpienie mają tysiące odcieni. Podobnie jest z historią o pewnej złej czarownicy, która podobno zagubiła się we własnym zgorzknieniu.

Ale czy rzeczywiście tak było? Czy zło powstaje samo z siebie? Po obejrzeniu "Czarownicy" już nigdy nie będę oceniać po okładce. Czasami czyny człowieka mają głębszy sens. Czasami nawet są swego rodzaju zaklęciem przeciw złemu światu. Przeciw świadomości, że coś może nas zniszczyć czy doprowadzić do łez. 


I tak z dobrego dziecka rodzi się wielka i potężna Maleficent. Kobieta, która niosła śmierć, a wśród wrogów uchodziła za definicję zła. 

Oczywiście po film Disney'a sięgnęłam przez przypadek. Na większość zresztą produkcji trafiam w ten sposób. Nauczyłam się, że muszę ufać swojej intuicji, ponieważ zazwyczaj mnie nie zawodzi. I tak było tym razem. Co prawda liczyłam na coś bardziej ambitnego, wszak główną rolę gra Angelina, ale w ogólnym rozrachunku "Czarownica" nie jest najgorsza. 

Fakt, że w ogóle nie zapamiętałam innych aktorów niż Jolie nie wróży mu dobrze, ale gdy na ekranie pojawia się ta zjawiskowa kobieta nikt inny nie ma szans. A więc opowieść o Maleficent to przede wszystkim popisowa gra Angeliny, chociaż nie jest to film do jakich nas przyzwyczaiła. Znamy ją z doskonałych, ale dość trudnych ról. Tutaj nie miała też ułatwionej roli, ale jak dla mnie po "Przerwanej lekcji muzyki" "Czarownica" była mrzonką, tanią bajeczką dla dzieci. 

Drugie skrzypce w ekranizacji, a raczej zmyślnej adaptacji opowieści o Śpiącej Królewnie wcale nie gra księżniczka, a najzwyczajniej w świecie scenografia, która momentami zapierała dech w piersiach. Ciemność i gra światłem odbijały się echem w każdym możliwym momencie filmu. 

Szkoda, że wszyscy inni bohaterowie nie specjalnie się wyróżniali. Elle Fanning daleko do utalentowanej siostry i momentami miałam wrażenie, że dziewczyna znalazła się tam przez przypadek. Jej ojciec zaś był tak dziwną postacią, że nie jestem w stanie wyrobić sobie na jego temat zdania. 


"Czarownica" to przede wszystkim nowa interpretacja dobrze znanej bajki. Niespodziewana i nad wyraz nieprzewidywalna. Film sprawił, że przez chwilę się zatrzymałam, pomyślałam i myślę, że najlepszy powód (oczywiście prócz Angeliny, ale w jej przypadku nie jestem obiektywna) by poświęcić chwilkę wieczorem i poznać zupełnie nową opowieść o Śpiącej Królewnie, a raczej Maleficent.

Film: "Czarownica" ("Maleficent") 2014 reż. R. Stromberg