czwartek, 29 maja 2014

"Morze spokoju" Katja Millay



Jedyne co mam w głowie po przeczytaniu tej książki to wielkie, niezrozumiałe emocje. Cisną się mi na usta niecenzuralne słowa. A w oczach pojawiają się łzy. Rzeczywiście wydawać by się mogło, że troszeczkę mnie ponosi, ale nie zrozumcie mnie źle.. czytając taką historię do cholery jasnej nie można pozostać twardym jak kamień. 
"Nie jestem żadnym ocaleniem. Nawet siebie samego nie umiem ocalić."
I właśnie czar prysł. Ta subtelna nutka nostalgii i miłości gdzieś ukryta między stronicami i między moimi palcami właśnie się ulatnia, bo nieudolnie staram się naskrobać słowa, które nic nie będą znaczyć. 

Powinnam na "Morze spokoju" rzucić całun milczenia, jak na swoje życie rzuciła Nastya. Powinnam zapomnieć o dobrym lecz wielokrotnie złamanym sercu Josha. I ani przez chwilę nie myśleć o znanym w całym świecie podrywaczu Drew.**Powinnam, ale nie potrafię.
 "Czasami łatwiej udawać, że wszystko jest w porządku niż zmierzyć się z faktem, że nic nie jest takie, jakie powinno, ale nic nie możesz z tym zrobić."
Czuję tą rozbrajającą siłę, która nie pozwoli mi nigdy zapomnieć o tej książce. O emocjach, które nadal we mnie tkwią. O uczuciach i przejmujących momentach. 

Katja Millay sprawiła, ze książka o miłości nie była banalna. Historia, którą opowiedziała nie zginie gdzieś w przestworzach przeczytanych powieści. Zawdzięczam autorce dwie nieprzespane noce i ból, który tak uwielbiam. Ból, że coś co mnie porwało i coś w czym się zakochałam na zabój dobiegło końca, ale przecież wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć, prawda?
"Ludzie mówią, że miłość jest bezwarunkowa, ale to nie prawda, a nawet gdyby byla, to nigdy nie za darmo. Zawsze wiąże się z jakimiś oczekiwaniami.Wszyscy chcą czegoś w zamian. Jakby wymagali,żeby ta druga osoba była szczęśliwa, przez co automatycznie staje się odpowiedzialna za ich szczęście, bo nie mogą być szczęśliwi, póki ona nie będzie szczęśliwa."
Nie polecam wam "Morza spokoju" ja wręcz każe wam to przeczytać. Nie możecie się wymigać. Nie możecie mówić, że to nie dla was, bo i ja się długo przed nią wzbraniałam, ale wiem dlaczego. Ta emocjonalność... ta puszka Pandory z uczuciami krzyczała do mnie, bo wiedziała, że gdy ją otworzę będę cierpieć przez wiele dni. Przez wiele długich dni będę miała największego w świecie kaca książkowego i stanę się strzępkiem uczuć, które zatrzymała Emilia i Josh! 
"Są tu lampy, narzędzia i deski, buty robocze i chłopak, na którego chcę patrzeć do końca świata. Gdyby moje Morze Spokoju było prawdziwe, to znajdowałoby się tutaj, w tym miejscu."


** Nie mam pojęcia jak odmienia się to imię ...

Książka: "Morze spokoju" Katja Millay wyd, Jaguar, Warszawa 2014 str. 456

środa, 28 maja 2014

To mnie... wkurza.




Nie miało być tego posta. Pewnie na dniach go usunę. Dlaczego? Bo w całej swojej okazałości pokazuję moją słabość. Nieudolną próbę wyboru przyszłości, nieudolną próbę wyboru idealnego kierunku studiów. Przeraża mnie codziennie ta myśl, że muszę podjąć decyzję, która może okazać się wcale nie słuszna. Ciągle z każdej strony słyszę opinię, że źle wybieram. Bo przecież po dziennikarstwie nie ma roboty. Bo przecież gospodarka przestrzenna czy też zarządzanie i inżynieria produkcji to coś fajnego, ale nie dla humanistki...Przecież ciężko sobie poradzić jeśli średnio się potrafi matematykę, a fizyka może nie wystarczyć. Szlak mnie trafia... Bo wszystkie opinie ludzi, wątpliwości otoczenia zaczynają dopadać i mnie...!

Ta dziwna  rozbrajająca siła we mnie. Głos, który każe mi wybrać coś co lubię, a nie coś co się opłaca. Ale równocześnie.. to dziwne inne coś co krzyczy jak głupie, że nie chcę przez całe życie martwić się o pracę. To jak wciskanie dwóch guzików równocześnie i zastanawianie się dlaczego coś nie działa. To szukanie rozwiązania po omacku, bez instrukcji...

Jak to było u was? Wiedzieliście? Wahaliście się? A może rzuciliście wszystko w cholerę? :D


wtorek, 27 maja 2014

"Hrabia Monte Christo" Aleksander Dumas


Zastanawiam się jak rozpocząć moją recenzję. Od kilku dni staram się skleić słowa, które mogły by opisać moje zadowolenie, ale równocześnie rozczarowanie tym wielkim klasykiem. 
"Zmarli przyjaciele nie spoczywają w ziemi, ale żyją w naszych sercach; tak Bóg chciał, abyśmy nigdy nie byli sami."
Z "Hrabią Monte Christo" spotkałam się już bardzo dawno temu. Widziałam kilka ekranizacji, ale za każdym razem słyszałam, że powieść jest inna, że marnuję czas na oglądanie filmów. Nie chciałam wierzyć. Przecież to właśnie filmy zaszczepiły we mnie wielką, jakąś taką trochę irracjonalną miłość do Edmunda i Mercedes. 

Ciężko jest określić coś co właściwie nie zasługuję na żadną ocenę i ocenianie. Klasyki mnie pochłaniają. Lubię się w nich zagłębiać, chociaż prawie nigdy nic o nich nie piszę. To sprawia, że książki te tracą dla mnie swój niewyobrażony klimat i czar. Nadal ciężko mi zrozumieć, jak można przez tyle lat czytać te same powieści. Jak to jest, że one nie nudzą się nikomu. W sumie to rozumiem... książki są wieczne, a papier cierpliwy wszystko przyjmie. 
"Serca, które zapłonęły wśród przeszkód, giną w cichej przestrzeni."
Ale jak widzicie troszeczkę odbiegam od tematu. Aleksander Dumas stworzył dzieło na wielką skalę. Ale nie jest to dzieło, które sprzedało by się w Hollywood. Dlatego też chyba wszystkie ekranizacje są tak zmienione. A najbardziej to ta z 2002 roku, z polskiego pochodzenia aktorką w roli Mercedes- Dagmarą Dominczyk. Zmierzam do tego, że powieści tej nie da się sfilmować. Ma ona w sobie wszystko to czego w języku filmu nikt nie jest w stanie przedstawić. 



Chodzi tu przede wszystkim o klimat i wielowarstwowość charakterów głównych bohaterów jak i również wielowątkowość powieści. Musicie wiedzieć, że "Hrabia Monte Christo" to nie tylko opowieść o tytułowym bohaterze, ale także o ludziach którzy stykają się z nim w Paryżu i w całym świecie. Książka ta opowiada o człowieku, który spędził wiele lat w więzieniu, o mężczyźnie, który pieczołowicie zaplanował zemstę i w ostateczności sam wpadł w sidła... w sidła samotności i zagubienia, a wybawić z nich mogła go tylko tajemnicza kobieta i o zgrozo, o romantycy wcale nie jest nią Mercedes!
"Nienawiść zaślepia, gniew ogłusza, a ten kto pragnie zaspokoić żądzę zemsty, może przypadkiem napić się goryczy."
Dzisiaj moi mili nie otrzymacie ode mnie innej rekomendacji. Klasyk ten bardzo mnie oczarował, chociaż momentami, jak to z klasykami jest znużył, ale w ostatecznym rozrachunku jest to powieść wokół której urosła niemała legenda. Jednak wiem jedno... nie możecie jej nie poznać. Nie możecie się zrazić i musicie ją kiedyś przeczytać. 

Książka: "Hrabia Monte Christo" Aleksander Dumas wyd. Książnica 1989, Katowice, 3 Tomy stron. ok. 1100


 Dołącz do mnie 
Facebook
Instagram

sobota, 17 maja 2014

To mnie.....zastanawia.


Żyją szczęśliwie od ośmiu lat. On absolwent politechniki, ona typowa humanistka. Ponoć przeciwieństwa się przyciągają, są tego najlepszym przykładem. Dobrze zarabiają, uzbierali na mieszkanie. Zamieszkali w centrum miasta.Pewnego dnia urodziła im się słodka córeczka. Oboje ciągle gdzieś pędzą, ale wieczorami są razem. Szczęśliwi ze sobą i malutką Zuzią. Chodzą na randki, do kina, na spacery i na plac zabaw, gdy mała chce się pobawić. Ona mu kupi zegarek na kolejną rocznicę, on jej cudowną bransoletkę. Wszystko jak w raju. Nagle jednak w jej głowie pojawia się myśl "A co gdyby tak się pobrać?" 



Wszystko się zmienia. Codziennie daje do zrozumienia swojej drugiej połówce, co chodzi jej po głowie. Pewnego dnia.. spełnia się jej marzenie. Zaręczyny jak z bajki. Pierścionek tak wielki, że wszystkie koleżanki aż ściska z zazdrości. 
Zaczynają się przygotowania. Pierwsze kłótnie... pierwsze nieporozumienia, których wcześniej nie było. Ona nie chce zaprosić Karola, on zaś nienawidzi jej kuzynki. To się nie podoba kolor obrusu, to nie smakuje tort. Ciągłe kłótnie. Ale w ostateczności ich czysta i cudowna miłość zwycięża. 



Nadchodzi wymarzony dzień. Babcie płaczą, dzieciaki biegają, nasza zakochana para... udaję szczęśliwych, bo tak naprawdę zżera ich stres.Uff... udało się powiedzieli sakramentalne tak. 
Wymęczyli się na tradycyjnym polskim weselu, bo przecież nie wypada zrobić kameralnego obiadu tylko dla najbliższych, przecież jak bawić się to z pompą. Tym bardziej, że mama tak bardzo nalegała...

Wracają z podróży poślubnej. Tydzień na Majorce był najpiękniejszym okresem w ich życiu. Wracają do rzeczywistości, ale wszystko jest już przecież inne, są małżeństwem. Pierwsza kłótnia pojawia się, gdy on wychodzi na mecz z kolegami, a ona wyrzuca mu, że teraz są rodziną w prawdziwym tego słowa znaczeniu i powinien zostać z nią i córeczką. On trzaska drzwiami wychodzi obrażony. 
Po paru dniach przechodzi im, ale później pojawiają się kolejne kłótnie. Kłócą się codziennie, aż w końcu on nie wytrzymuje. Wyprowadza się. Oboje myślą, że to tylko przejściowe. 

Mijają miesiące... ona ma dość składa pozew o rozwód. Mija pół roku od wielkiego dnia. Rozstają się w wielkiej niezgodzie. Ciągle kłócą się o prawo do opieki nad ich trzy letnią córeczką. Któregoś dnia na piwie on mówi, że wszystko się posypało przez ślub, bo wcześniej się nie kłócili. Nie mieli właściwie po co... on zawsze czuł, że jest im dobrze tak jak jest. Parę dni później ona też mi mówi, że wszystko się zaczęło psuć jak jej się zamarzyło zalegalizowanie ich związku. Teraz chyba żałuje. 




A ja po powrocie co domu zastanawiam się... co tak naprawdę było przyczyną ich rozstania. Przecież nie ślub. Ślub to przecież potwierdzenie miłości, albo zawsze tak myślałam, ale później ... pojawia się myśl, ale przecież "świstek" do niczego nie jest potrzebny.. prawda? A może jednak jest? 

Jakie jest wasze zdanie? 

Dołącz do mnie
Facbook
Instagram 
***
Historia jest prawdziwa (oczywiście córeczka nie nazywa się Zuzia), a przemyślenia nasuwają mi się same. 

czwartek, 15 maja 2014

Facebook

Od wczoraj ruszyła FanStona Szepty Wyobraźni. 
Jeśli macie ochotę poczytać o rzeczach innych niż na blogu. Porozmawiać ze mną, dowiedzieć się co robię poza blogiem. Jaką muzykę lubię, co obecnie czytam... i ogólnie chcecie być na bieżąco. 
Serdecznie zapraszam do kliknięcia "Lubię to!" 


środa, 14 maja 2014

Wietrzenie magazynu!




Zbliża się wiosna czas porządków, a więc i na mojej półce zrobi się troszeczkę luzów.
Dzisiaj dodałam nową stronę Wymienię/Sprzedam. 
Zaglądajcie, cieszcie się i piszcie!

Cel jest bardzo szczytny gdyż zbieram na nowe upragnione 3 części Harry'ego Pottera, których nadal mi brakuje!

W następnym tygodniu nadchodzę z nowymi recenzjami. Dzisiaj za to pędzę się uczyć prezentacji maturalnej! Gorące pozdrowienia.. z zimnego Pogórza Izerskiego :D


niedziela, 11 maja 2014

"Demony da Vinci"

Leonardo da Vinci to postać, której nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Malarz, konstruktor, filozof, architekt- jednym słowem wielki człowiek renesansu. Jego życie można podzielić na kilka okresów. Tworzył dla rodu mediolańskiego (Sforza), ale także dla rodu florenckiego (Medyceuszy), niezwykle ważnym epizodem w jego życiu też jest pobyt w Rzymie i we Francji.

Jego najsłynniejsze dzieła to min. 

  • Mona Lisa (Luwr) 

  • Dama z łasiczką (Muzeum Czartoryskich w Krakowie) 


  • Ostatnia wieczerza (Mediolan)


Włoski malarz od pokoleń fascynuje twórców. Właśnie wokół jego postaci kręci się fabuła serialu "Demony da Vinci". 

Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego zaczęłam go oglądać. Fabuła jest średnia. Leonardo to swego rodzaju mistrz... mistrz wszystkiego. To on uratował Florencję, to on uwiódł kochankę Wawrzyńca, to on tworzy cudowne obrazy, a do tego często i gęsto widzi dziwne rzeczy. (Zapewne mniejsze ilości haszyszu i opium by podziałały, ale ponoć nie od tego ma przewidzenia....) 


Dla mnie serial ten jest świetną powtórką historii. Dowiedziałam się kilkunastu nowych rzeczy o wielkich rodach włoskich, ale także przedstawione jest bardzo wiernie krwawe życie zwykłych ludzi, którzy w imię idei papieża, króla, cesarza, hrabiego itp. mogli stracić życie. 


Oczywiście trzeba wspomnieć o urodzie aktorów. Po raz kolejny upiększyli głównego bohatera (tak pierwszy i największy przypadek to Henryk XVIII w "Tudorach"). W "Demonach da Vinci" piękne są też stroje (nie tak "pseudostare" jak w REIGN), piękne widoki i budowle. Od strony wizualnej serial cieszy oko.

Podobni prawda? :D 


Jeśli macie chwilkę czasu polecam. To naprawdę dobry serial na zabicie nudy. Ja obejrzałam dopiero kilka odcinków, ale podejrzewam, że na tym się nie skończy.

Już niedługo ruszy strona Szepty Wyobraźni na Facebooku, gdzie będę się z wami dzielić jeszcze większą ilością rzeczy na które czasami brak miejsca i czasu na blogu! 




piątek, 9 maja 2014

Stos#10


Przeczytanie dwóch książek ze Stosiku 9 było dla mnie wielką udręką i jakoś tak się ułożyło, że nie udało mi się skończyć dwóch książek. Zabrałam się za kolejne i tak prezentuje się wam kolejny STOS! 

I. A. Dumas "Hrabia Monte Christo" Książnica, Katowice 1989- z biblioteki.Na zdjęciu tylko część I, ale mam wszystkie III i czyta czytam czytam i się nie mogę nadziwić! Uwielbiam Hrabiego de Monte Christo
II. M. Bułhakow "Mistrz i Małgorzata" - pożyczona. Recenzja już się ukazała o tutaj
III. A. Sapkowski "Ostatnie życzenie" wyd. SuperNowa - pożyczona, ale aż mi się zachciało na nowo przeczytać "Wiedźmina" i chyba to zrobię już niedługo!
IV. M. Young "Krwawy szlak" wyd. Egmont- pożyczona. Wielka niewiadoma, chociaż wiem, że się pojawia ostatnio w blogosferze, ale ja nie mam czasu czyta waszych recenzji. Zobaczymy...
V. S. Ee "Angelfall. Penryn i świat po"- pożyczona. Recenzja już się ukazała o tutaj
VI. K. Millay "Morze spokoju" wyd. Jaguar. - pożyczona. Na tą powieść od dawna polowałam i czuję, że spędzę z nią miło czas. 

Wydaje mi się, że wszystkie te powieści powinnam szybciutko przeczytać, bo jakoś uczyć mi się nie chce, a potrzeba mi wiele spokoju i relaksu przed "armagedonem" więc co robię całymi dniami...czytam!

Znaleźliście coś dla siebie? A może polecacie coś innego? Właśnie.. co ostatnio czytacie?

środa, 7 maja 2014

Co mi w duszy gra.




Są takie dni i nie zaprzeczajmy, że po prostu mamy ochotę wszystko rzucić w cholerę i właściwie nie robić nic, albo zrobić coś co zmieni nasz światopogląd zupełnie. 

Od paru miesięcy stoją na takim rozdrożu. Miotam się między obowiązkami, a przyjemnością. Między tym co robię, a tym co wydaję mi się, że bym mogła robić. 

Prawdę mówiąc nie wiem po co to piszę? Po co ukazuję się ten post. Właściwie nie mam w nim nic do powiedzenia, ale gdzieś jakieś inne, ukryte "ja" chce się wygadać, tylko, że nie ma za bardzo o czym mówić.

Zauważyłam niedawno lekką stagnację na blogu. Nie wiem dlaczego? Nie wiem czy dużo czytelników odpuściło sobie mój blog po mojej przerwie, czy to raczej ja go sobie odpuściłam i to widać? Chciałam coś zmieniać, chciałam wprowadzić coś nowego innego, ale właściwie nie wiem co....

Marzy mi się od paru miesięcy taki troszeczkę blog lifstylowy.. z pięknymi inspiracjami i zdjęciami, ale jakoś nie potrafię się za niego zabrać. Szepty Wyobraźni za to troszeczkę cierpią... cierpią z powodu mojego właściwie nie wiem.. czego. Książki się czytają, ale jak przychodzi mi o nich pisać.. po prostu nie wychodzi tak jak kiedyś. Znalazłam się na małym zakręcie i nie wiem czy dam rady z niego wyjść cało.... 

Może powicie mi co wam się u mnie nie podoba? Co byście zmienili? Co zrobić żeby się wam lepiej to wszystko czytało, a mi lepiej pisało? Czy chcielibyście coś nowego? Mam kilka pomysłów, ale boją się ich realizacji, bo są troszeczkę mało "kulturowe" książkowe i filmowe? Liczę na to, że mi pomożecie, bo sama jakoś się pogubiłam w tym wszystkim...Każdy nowy post jest dla mnie po prostu niedoskonały.... 

Pozdrawiam gorąco! 

Ps. cały ten post jest pisany w chwili zwątpienia złego samopoczucia i swego rodzaju... depresji maturalnej, więc zrozumiem jeśli nie potraktujecie go całkiem serio....