niedziela, 29 czerwca 2014

"Podwieczność" Brodi Ashton



Zakochał się w niej sam Hades. Porwał ją do Podziemia i podstępem dał jej granat. Myślała, że na zawsze zostanie w Piekle, ale przyszedł po nią ukochany. Gdyby się tylko nie odwrócił byli by nadal razem.
"Czemu zawsze wracasz,skoro nie masz zamiaru zostać? Bo nawet jeśli odchodzisz,nigdy nie odchodzisz do końca."
Kto nie zna mitu o Persefonie? Ogólnie kto nie lubi mitologii? Znam naprawdę mało osób, które odpowiedziałyby przecząco. Po fenomenie "Spętanych przez bogów" wiele autorów stara się na nowo sparafrazować opowieści o bóstwach. Nie miałam więc wątpliwości, że   "Podwieczność" Brodi Ashton to historia, którą muszę poznać. 

Mój czytelniczy zmysł po raz kolejny mnie nie zawiódł. Poznałam naprawdę piękną, romantyczną i dość niezwykłą opowieść o Nikki, dziewczynie która zniknęła w podziemiu, zwanym "Podwiecznoscią" i stała się pokarmem dla Wiecznych. 

"-Dobrze wyglądasz, Will - powiedziałam.-Lepiej niż ostatnim razem, kiedy mnie widziałaś.
-Nie byłam pewna, czy będziesz to pamiętał.
-Pamiętać jest łatwo. To zapominanie jest prawdziwą sztuką."

Cóż by to była jednak za powieść bez mężczyzn? Tutaj jak często się zdarza mamy ich dwóch..Dobrego- człowieka Jacka i niebezpiecznego- Wiecznego Cole'a. Wybaczcie, ale oczywiście skłaniam się ku temu niegrzecznemu. Już jakoś tak mam, że cukierkowe uczucia. Idealni chłopcy na mnie nie działają. Wydają się tacy zbyt wyimaginowani. Dlatego też z całego serca kibicuję Cole'owi! 
"Bez otaczających mnie ramion Cole'a moje ciało zdawało się puste,jakbyśmy stanowili jeden organizm w dwóch osobach. Tylko,że nie był to równy podział. Cole zabrał wszystko dzięki czemu byłam...sobą. I tylko z nim mogłam być sobą. Nie miałam pewności,czy moje ciało zdoła samo przeżyć. Nie stanowił już całości."
Och... bo zapomniałam wspomnieć, że przecież Nikki okazała się nad wyraz cudowną i wyjątkową panienką, która może pomóc naszemu czarnemu charakterowi zdobyć władzę w podziemiu. Oczywiście nie jest ona zbytnio do tego przekonana, gdyż nadal pragnie pozostać tylko człowiekiem. Zakochaną i szczęśliwą istotą.

Wiem, wiem.. zabrzmiało to dość ironicznie, ale wcale tak nie myślę. Po prostu trudno mi opisać fabułę tej książki. Wydaję się ona taka zwyczajna i nawet dość oklepana, ale taka nie jest. Fakt, że potrzebowałam trochę czasu, żeby się w nią wbić, ale jak już się wbiłam w rytm to nie było odwrotu. 
"Przez kilka tygodni po śmierci matki prawie każdy poranek spędzałam przy jej grobie. Szepcząc do niej,opowiadając jej o całym dniu tak jak kiedyś,zanim jeszcze umarła. Jack był ze mną przez większość czasu. Przynosił książkę i siadał pod drzewem kilka nagrobków dalej,jakbym robiła coś najnormalniejszego na świecie. Nawet nie byliśmy wtedy parą."
"Podwieczność" jest świetną alternatywą na długie letnie popołudnia. Brodi Ashton stworzyła powieść nie tylko dla fanów mitologii. Stworzyła książkę dla wszystkich tych którzy lubią dobrą lecz nie zobowiązującą lekturę. Mówiąc szczerze ja już nie mogę się doczekać kolejnych części!

Książka: "Podwieczność" Brodi Ashton wyd. Papierowy Księżyc Słupsk 2013 str. 383

piątek, 27 czerwca 2014

"Gwiazd naszych wina"John Green


Długo zastanawiałam się jak zacząć recenzję. Wiele z was zapewne myśli, że brakuje mi słów, że dałam się porwać pięknej historii, ale chyba wcale tak nie jest. Zwlekałam naprawdę bardzo długo przed sięgnięciem po "Gwiazd naszych wina". Czułam gdzieś w kościach, że to chyba niekoniecznie książka dla mnie. Niestety moje obawy okazały się dość słuszne.
"Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje."
Szczerze to nawet nie wiem do czego mogłabym się przyczepić. Język powieści jest przystępny. Bohaterowie nie są dość szablonowi, a nawet historia ma w sobie coś co chwyta za serce. Tylko, że chyba niekoniecznie za moje. 

Nie lubię powieści o chorobach. Unikam takich tematów, ale nie tak, ze w ogóle ich nie czytam. Po prostu książka ma mi dostarczyć rozrywki, a nie jeszcze bardziej dołować. Dlatego też bałam się powieści Greena. Myślałam, ze jak wiele dziewczyn nie będę mogła powstrzymać łez, że będę cierpieć i że książka odbije się we mnie wielkim echem.
"-Nie zabijają, dopóki ich nie zapalisz - powiedział, kiedy samochód zatrzymał się przy nas. - A ja nigdy żadnego nie zapaliłem. Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał."
Niestety.. nic z tego. Początkowo nie mogłam się wbić w tok narracji. Nie polubiłam się z główną bohaterką już od pierwszych słów. Później przez wiele dni po prostu sobie odpuściłam czytanie, aż w końcu się przemogłam i właściwie wiele się nie zmieniło. 
Gusa też nie polubiłam (wybaczcie..). Strasznie nie przypadły mi do gustu nad wyraz filozoficzne rozmyślania tej dwójki. Nie rozumiem jak siedemnastoletni ludzie mogę aż tak poważnie podchodzić do życia. Wiem, że zaraz dowiem się, że oni po prostu strasznie szybko dorośli, ale może posłużę się tutaj słowami rodziców Gusa i Hazel "Nasze dzieci są dziwne"

"- Okay - powiedział, gdy minęła cała wieczność. - Może "okay" będzie naszym "zawsze".- Okay - zgodziłam się."

Czuję troszeczkę nieswojo pisząc o tej wychwalanej i uwielbianej przez wszystkich (tak, nie spotkałam się z niepochlebną opinią) powieścią. Teoretycznie była w porządku. Nie zabrakło w niej niczego co czyni książkę dobrą i sprawia, że autor nie musi bać się zapomnienia jak główny bohater, ale w moim wypadku coś nie zagrało. Nie chcę mówić, że się wynudziłam, bo znalazło się kilka momentów naprawdę godnych polecenia.. chociażby egzystencjalny smutek przy huśtawce, czy chociażby podróż do Amsterdamu, ale nie wiem czy to mi wystarczy by podzielać zachwyt nad tą powieścią. Chciałabym powiedzieć, że była po prostu okey, ale wiem, że w kontekście tej historii używanie tego słowa może oznaczać zupełnie coś innego niż chciałam przekazać, a więc była okey, ale nie tak okey jak okey Gusa i Hazel . 

ebook- "Gwiazd naszych wina"John Green

środa, 25 czerwca 2014

Nauka języka obcego dawno nie była taka prosta!



Nauka języka obcego to wcale nie taka prosta sprawa. Całe życie niemal uczę się niemieckiego i angielskiego. Francuski zaś od niedawna zaczyna u mnie raczkować. Muszę się jednak przyznać, że zamówienie pysznego croissanta na wakacjach czy też kupno biletu do Luwru w tym roku nie sprawiło mi problemu.
Nie wierzyłam zbytnio w pomocną "dłoń"czasopism, które mogą podszkolić mój język. Oczywiście jak zwykle nie miałam racji. Kto by pomyślał, że bez problemu, a nawet z wielką fascynacją poczytam o Skandynawskiej Mitologii, czy też Elżbiecie Tudor uwaga.. po angielsku i wszystko zrozumiem?Zdecydowanie artykuły w dziale (nie wiem jak co nazwać) Culture w najnowszym numerze English Matters są najciekawszą częścią całego magazynu.

Zabawne, ale podobnie okazało się w Deutsch aktuell gdzie odnalazłam bardzo ciekawą recenzję książki Sebastiana Fitzeka "Noah" i najnowszej płyty zespołu F.R.E.I. Co do ich muzyki to odrobinę się zdziwiłam, że aż tak przypadła mi do gustu. Oczywiście szybciutko wystukałam w wujku Google i troszkę sobie posłuchałam. Skusiło mnie przede wszystkich nawiązanie do Bon Jovi'ego i Nickelback oraz James'a Blunt'a.*
Dałam się też porwać na krótką wycieczkę do Brazylii, gdzie oczywiście dowiedziałam się wszystkiego o Mundialu , ale także nad BODENSEE (wiecie co to za tajemnicze morze?) :D

Muszę przyznać, że niemały kłopot sprawiło mi czytanie Francais Present. Niestety mój francuski jest chyba zbyt słaby, żeby swobodnie nim operować. Pocieszające jest to, że się tak łatwo nie poddaję. Dlatego też prócz pomocnych słówek po polsku dorwałam słownik i tak przeczytałam całe czasopismo od deski do deski. Fakt, że poświęciłam mu o wiele więcej czasu niż poprzednim nie sprawia, że uważam to za jakaś niedogodność. Nauczyłam się wielu nowych słów, a do tego mogłam śmiało "wklepać" w internet opcję do odsłuchania artykułu i tak dziwna, ale zarazem cudowna wymowa francuska nie sprawiła mi kłopotu.
Co muszę powiedzieć? A to, że francuska wersja czasopisma ma w sobie pewną klasę. Nie umiem tego określić, ale bije od niej wieli szyk. Z wielką przyjemnością przerzucałam kartki i natrafiałam na kolejne ciekawe artykuły. Moje serce podbiła Marion Cotillard, piękna biblioteka we Francji i cudowna Marsylia, którą trzeba zobaczyć, żeby dosłownie zrozumieć wszystkie słowa o których użyła autorka do opisania tego miasta.

Wiem jedno- czytanie po angielsku i niemiecku nie sprawiało mi problemu, a więc obcowanie z czasopismami dostarczyło mi wiele rozrywki i wiem doskonale, że ta Skandynawska Mitologia mnie zauroczyła(zwłaszcza, że niedawno oglądałam odcinek Wikingów i wszystko mi tam tłumaczyli...opowiem o tym serialu niedługo) i chyba postarałam się dowiedzieć o niej jeszcze więcej. Co do francuskiego... nauczyłam się więcej z jednym czasopismem w ręku niż z całym podręcznikiem przez kilka tygodni. To ma więc sens, ale nie można się zrażać.

A wy czytacie takie czasopisma? A może nawet sięgacie po książki w oryginale? A może macie inne sposoby na naukę języka obcego? Z przyjemnością poczytam o waszych sposobach :D

* nie wiem czy dobrze odmieniam te wszystkie nazwy i nazwiska. Jeśli ni to powiedzcie jak to się robi ;D

środa, 18 czerwca 2014

Uwaga.

Mam małe problemy z internetem, a dodatkowo wybieram się na wymarzone wakacje. Plaża, słońce, woda, ludzie.. wszystko to co tygryski lubią najbardziej, ale w związku z tym posty ukarzą się za kilkanaście dni. Nie wiem dokładnie kiedy, ale się pojawią, bo przecież wakacje to najlepszy czas na czytanie książek. Trzymajcie się cieplutko i do napisania!

niedziela, 15 czerwca 2014

"Wywiad z wampirem"Anna Rice



Są książki po które sięgam nie dlatego, że tak wypada. Czy też dlatego, że wszyscy je czytają. Są takie powieści, które dla mnie znaczą całkiem sporo, a każdą stronę dawkuję sobie w niewielkich porcjach, żeby czar trwał jak najdłużej. Właśnie tak było z "Wywiadem z wampirem"Anny Rice. 
"Samotność, samotność aż do granic obłędu."
Od dawna słyszałam o filmie i ku zdziwieniu wielu osób nadal go nie obejrzałam. Boję się rozczarowania. Książkę pochłonęłam w niespotykanym jak dla mnie nawet tempie. Może służą mi długie podróże pociągiem i stres związany z wyborem studiów i szeroko pojęta dorosłość? Sama nie wiem, ale wiem jedno, że świat stworzony prze Anne Rice jest tajemniczy i odrobinkę nostalgiczny. 

Brakuje tutaj szalonych uczuć jak w "Zmierzchu" czy "Pamiętnikach wampirów". Nie ma świata wykreowanego na cudowną słodką modę. Zabrakło tu też nowej rzeczywistości w której każdy wampir stara się stać człowiekiem, człowiekiem w pełni tego słowa znaczeniu. 
"Koniec końców wszystkich nas czeka trumna(...) Leż spokojnie, moja miłości. Ta trumna jest twoją trumną. Większość z nas nawet nie wie, jak to jest być w swej trumnie. Ty już teraz wiesz!"
Losy Louisa przeplatają się ze swego rodzaju ścieżką egzystencjalną. Na oczach czytelnika wampir pokonuje swoje demony. Stara się przystosować do otaczającego go świata, chociaż w głębi serca wie, że to praktycznie niemożliwe. Szlachcic z Luizjany poznaje i przemierza świat z niespotykaną nawet u ludzi wrażliwością i kobietą- Claudią, która właściwie jest czymś w rodzaju kotwicy z otaczającą go rzeczywistością. Jego mała dziewczynka, kochanka i towarzyszka to uosobienie wampiryzmu w najsłodszej, a zarazem najstraszliwszej postaci. 

W "Wywiadzie z wampirem" na próżno szukać zapierającej akcji. Opowieść nieśmiertelnej istoty to uchylone wieko trumny do której mogą zajrzeć tylko najodważniejsi. To wykreowany świat, który stał się później bez dwóch zdań inspiracją dla wielu twórców. Chociaż tak naprawdę w żadnej powieści o wampirach nie czułam tego ciężkiego i przytłaczającego klimatu...klimatu odpowiedzialności za czyjeś życie
"Życie... każda jego sekunda... to wszystko, co mamy."
Gdybym miała określić jednym słowem dzieło Rice użyłabym wyrazu, który niezaprzeczalnie tutaj nie pasuje, a mianowicie fascynujące. Dlaczego nie pasuję? Jest to książka, która pokazuję zmaganie człowieka z nieśmiertelnością, z pędzącą ku nieubłaganej destrukcji egzystencji. I nie chodzi o to, że to wampir, czy nie wampir... po prostu opowieść o nadprzyrodzonej istocie to jak dla mnie opowieść o ludzkim życiu. O życiu, którego zazwyczaj nie doceniamy, a gdy zbliżamy się ku upadkowi jesteśmy tak zgorzkniali i nieszczęśliwi, że zostaje nam tylko rozmowa z obcym człowiekiem i nadzieja, że nas chociaż on zrozumie. 

Książka: "Wywiad z wampirem"Anna Rice wyd. Rebis, Poznań 2009 str. 400

środa, 11 czerwca 2014

Stos#11


Kto by się spodziewał, że maj będzie taki owocny. Zabawne, że mimo matur udało mi się przeczytać wszystkie książki z wcześniejszego stosika, a to jak na mnie ogromny wyczyn. Dzisiaj prezentuję wam moje zdobycze książkowe, ale uwaga... nie ma tu wszystkich propozycji, bo gdzieś skubane się schowały...

Nie przedłużając moje plany czytelnicze na czerwiec, a może i nawet lipiec wyglądają tak: 
P.Skokowski, Autostopem przez życie, wyd.Muza 2014- własna. Nie chwaląc się to moja nagroda za te wszystkie ciężkie lata nauki. Nie miałam jej w planach, ale oczywiście przeczytam i zobaczymy. 
A.Rice Wywiad z wampirem, wyd. Rebis 2009- z biblioteki. Już od dawna miałam zamiar zapoznać się z tą powieścią autorki. Wielkim klasyku o wampirach. Powiem, że recenzja już napisana, czeka na publikację.
L.Corona, Córka markizy, wyd. Nasza Księgarnia 2012- z biblioteki. O to jest bardzo ciekawa powieść. Natrafiłam na nią przypadkiem i skuszona okładką postanowiłam się z nią bliżej zapoznać. Obecnie jestem zachwycona, a przeczytałam dopiero 139 stron. 
C. Clare, Mechaniczny anioł, wyd Mag 2013-pożyczona. Książki Clare już mam dawno za sobą. Zakochałam się w całej serii Dary Anioła, ale nie mogłam się przekonać do Diabelskich maszyn. Kiedyś już czytałam Mechanicznego anioła, ale mnie nie wciągnął, postanowiłam dać mu kolejną szansę!
B. Ashton, Podwieczność, wyd. Papierowy Księżyc 2013- pożyczona. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Pożyczyłam ją i czekam na jakąś niespodziankę. 
J. Baggot, Nowa ziemia, wyd.Egmont 2012- pożyczona. Kolejna książka zagadka. Kojarzę ją z blogów, ale znowu nie wiem co mnie czeka. Coś dużo zagadek przede mną :D 
K.Derting, Przysięga, wyd. Amber 2013- pożyczona. Skusiła mnie okładka i porównanie do Igrzysk śmierci i Niezgodnej. Nie przepadam za "taką reklamą", ale co tu dużo mówić to kusi. 
C.Strayed, Dzika droga,wyd. Znak 2013- własna. Wyobraźcie sobie, że mam tą powieść już od 10 miesięcy. To cudowny prezent na moje urodziny z fajną dedykacją. Ciągle odkładałam przeczytanie tej książki. Sama nie wiem dlaczego.. może coś będzie z nią nie tak, a może wręcz przeciwnie? Zobaczymy
L.A Weatherly, Anioł, wyd.Świat książki 2014- pożyczona. I kolejna książka, którą pożyczyłam, gdzieś widziałam, ale nie wiem o co chodzi. Ten stosik jest ciekawy. Zaufałam innym :d 
A. Condie, Dobrani, wyd. Prószyński i S-ka 2011- pożyczona. Cudowna okładka mnie skusiła. Treść też, ale chyba bardziej okładka. 
J. Green, Gwiazd naszych wina- jak widać mam czytnik. Na czytniku wychwalana przez cały świat książka. Ja się jej troszkę obawiam, ale obiecałam, że przeczytam, bo przecież jak nie przeczytam to nie ma sensu iść do kina, prawda? 

Wszystkie powieści leżą sobie na czasopismach Colorful Media. Czytam po niemiecku, angielsku i francusku, dobra w tym ostatnim to raczej oglądam obrazki. 


Prawdę mówiąc nie wiem kiedy to przeczytam. Nie spodziewałam się, że aż tak mnie poniesie i będzie tyle ciekawych propozycji do czytania. 

Znaleźliście coś dla siebie? Od czego mam zacząć? O czym chcecie przeczytać najpierw? 







wtorek, 10 czerwca 2014

"Ostatnie życzenie" Andrzej Sapkowski


Bez bicia się przyznaję, że "Ostatnie życzenie" pochłonęłam w jeden dzień. Toż to dla mnie ostatnio niespotykana sprawa. Naprawdę dawno, dawno, bardzo dawno temu w takim tempie przeczytałam jakąś powieść. Może to wszystko wina wolnych dni, wakacji i pięknej pogody, bo przecież lektury najlepiej smakują w plenerze?
"O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki"
Co do Wiedźmina to ku mojemu zdziwieniu nadal pamiętam klimat całej serii. Opowiadania miały w sobie coś za co tą krótką formę najbardziej lubię. Szybką akcję, nieszablonowych bohaterów i niezbyt dużą ilość niepotrzebnych słów, czy wydarzeń. 

Ale jednak poczułam w kościach, że muszę powrócić do przygód Geralta, ponieważ chyba umknęły mi wszystkie ważne szczególiki, niewielkie niuanse, które sprawiają, że świat stworzony przez Sapkowskiego tak bardzo wciąga.
"Ludzie (...) lubią wymyślać potwory i potworności. Sami sobie wydają się wtedy mniej potworni (...) Wtedy jakoś lżej im się robi na sercu. I łatwiej im żyć."
Właściwie nie wiem co mam jeszcze napisać. Nie da się opowiedzieć o tej powieści bez zdradzania fabuły, a dowiedzenie się czegoś co mogło by zepsuć wam lekturę było by po prostu beznadziejne.

Fantastyka autora ma sobie coś co przyciąga wielu czytelników na całym świecie. Prawdę mówiąc wcale mnie to nie dziwi. Wykreowany świat przez Sapkowskiego ma w sobie wszystko to co trzeba. Czytelnik ma wrażenie, że znalazł się w innej czasoprzestrzeni, w krainie, która rządzi swoimi prawami i zdaje sobie on sprawę, że dopóki nie odkryje jej wszystkich zakamarków i tajemnic nie jest w stanie skończyć lektury.
"A potem świat znowu zaczął istnieć, ale istniał zupełnie inaczej."
Uwierzcie mi na słowo, że warto dać się porwać Sapkowskiemu. Warto spędzić kilka chwil z Geraltem. Tak po prostu. Bez żadnej spiny, bez wielkiej rekomendacji. Takich dzieł, niemal już klasyków nie trzeba wychwalać. Wszyscy tak wiedzą w głębi serca, że warto. 

Książka: A. Sapkowski "Ostatnie życzenie" wyd. SuperNowa, Warszawa 2011, str. 286


niedziela, 8 czerwca 2014

"Krwawy szlak" Moira Young


To okropnie denerwujące i rozczulające, gdy chcesz przeczytać jakąś książkę najszybciej jak się da, ponieważ w kolejce czeka stos kolejnych, ale za żadne skarby świata nie jesteś w stanie zmusić się do przerzucenia kolejnej kartki. 
"Jeśli uratujesz komuś życie trzy razy, odtąd jego życie należy do ciebie. Dzisiaj ocaliłaś mi życie, to raz. Jeszcze dwa razy i będę cały twój."
Tak właśnie było z "Krwawym szlakiem". Nie mogę sobie przypomnieć kiedy tyle czytałam jedną powieść. Stosunkowo króciutką dodatkowo. Zupełnie nie wiem co takiego mi w tej książce przeszkadzało. Może nietypowy zabieg.. brak dialogów zapisanych w "normalny" sposób. Może bohaterka, które teoretycznie uosabia w sobie wszystkie cechy twardej sztuki, ale dla mnie była po prostu nienaturalna? A może jeden jedyny moment, gdy z przyjemnością zgłębiałam się w lekturze.. wiecie jaka to chwila? Chwila gdy odzywał się Jack, ale to za mało żeby się skusić na czytanie powieści po nocach. 

Wielka szkoda, bo liczyłam naprawdę na czytelniczą ucztę. Po raz kolejny okazało się, że to co wszystkim się podoba mnie jakoś średnio zadowala. Oczywiście, gdy dotarłam do ostatniego zdania, zdałam sobie sprawę, że chyba w gruncie rzeczy opowieść Young nie była taka zła. 
"Wiedziałaś, że za każdym razem, kiedy coś tworzysz, wnika w to część twojej duszy?, pyta. Nie. Nie wiedziałam. Cóż, tak jest. Dlatego... powinnaś zadbać, żeby to była dobra część ciebie, a nie zła."
Świat stworzony przez autorkę jest interesujący. Miasta chylące się ku upadkowi. Szalony król, który przypomina Ludwika XIV. Czy też narkotyki, dzięki którym wszyscy mu są podlegli. Oczywiście też przyjaciele Saby nie są szablonowi, ale w ogólnym rozrachunku nie polubiłam się z "Krwawym szlakiem". 

Trochę to wszystko było naciągane. Rozumiem... cudowni bliźniacy. Chęć ratowania życia bratu i nienawiść do młodszej siostry. Walki w mieście... i metamorfoza Saby w Anioła Śmierci. Nieokiełznaną siłę, którą rządziła lawa... Boże do tej pory nie rozumiem tej całej lawy. Do tego oczywiście tajemniczy chłopak, lekko chamowaty, ale z błyskiem w oku. Paczka nieustraszonych wojowników i jeden osiłek. przyjaciel naszego Casanovy. W ostateczności względny happy end i koniec. Wszystko, wszystko to już było. Oczywiście tej dziwny niespotykany zabieg językowy odrobinę wyróżnia powieść i pewnie tylko przez to ją zapamiętam. 
"Miłość to słabość, mówi. Jeśli tak bardzo ci na kimś zależy, przestajesz trzeźwo myśleć."
Czy polecam? Nie wiem sama. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony nie, bo strasznie mi się czytało "Krwawy szlak", ale z drugiej znowu jest to całkiem fajna opowieść, która w ostateczności nawet mi się spodobała. 

Książka: M. Young "Krwawy szlak" wyd. Egmont, Warszawa 2014 str. 400

środa, 4 czerwca 2014

Mój tydzień z Marilyn



Marylin Monroe, a właściwie Norma Jeane Mortenson to legenda światowego kina lat 50 i 60 XXw. Współcześnie jest ona też uznawana za największą ikonę pop kultury i kultury w szerokim tego słowa znaczeniu. 

Nie znam chyba żadnej osoby, która nie wie kim jest ta uśmiechnięta blondyneczka. Przez wiele tak powstało o niej wiele dzieł i filmów. Sama miałam przyjemność czytać nie jedną biografię o tej "sex bombie". 




Kilka dni temu dałam się skusić na "Mój tydzień z Marilyn" film, w którym główną rolę zagrała znakomita Michelle Williams. I właściwie tyle dobrego jestem w stanie powiedzieć o tej produkcji. 

Prawdę mówiąc staram się unikać rzeczy, które w jakiś sposób na mnie nie zadziałają. Wiecie o co chodzi, o ten zgrzyt w środku, to ciepło, które rozchodzi się po całym ciele, gdy tylko przypomnisz sobie tytuł czy okładkę . Dałam się namówić na ten film, ponieważ nie było lepszej opcji. Czułam gdzieś w środku, że nie wyjdzie z tego nic dobrego.

Zauważyłam, że zmierzanie się z postaciami, które są jak neon..który świeci nieokiełznanym blaskiem, zazwyczaj kończy się lekką porażką. Głównym bohaterem tego filmu jest Colin Clark, młody asystent reżysera, który stara się spełnić marzenia. Ku swojej wielkiej radości poznaję Marilyn i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie spędzili oni ze sobą cudownego tygodnia tylko we dwoje. 




Już sama myśl o tym, że gwiazda i zwykły chłopak z prowincji spędzają razem niezapomniane chwile sprawiła, że miałam mieszane uczucia co do całości. Rozwiały się one, gdy okazało się, że film jest częściowo (a może i cały..wybaczcie nie pamiętam) oparty na faktach. Przez chwilę przez myśl mi przeszło, że to może i całkiem miła historia. 

Ale zaczęła się cała otoczka filmu. Marilyn jako kobieta lalka, którą bardzo łatwo skrzywdzić. Inni bohaterowie jakby mdli i niewyraźni i Colin, który denerwował mnie niemiłosiernie samym sposobem bycia. 




Wiem, że powinnam wysunąć jakieś racjonalne argumenty. Postarać się pokazać niedoskonałość, a może i doskonałość "Mojego tygodnia z Marilyn", ale nie potrafię. Całe dzieło nie przypadło mi do gustu. Wynudziłam się i  właściwie nie dowiedziałam się niczego istotnego o Marylin. Ot po prostu kolejny film, o tak znanej postaci, który nawet nie cieszył mojego oka. 

Film: Mój tydzień z Marilyn (2011) reż S. Curtis 

zdjęcia tradycyjnie z wyszukiwarki Google 

niedziela, 1 czerwca 2014

To mnie kręci

Tak,tak dzisiaj ten cudowny dzień. który kochają wszystkie dzieci. Dobrze, może rzeczywiście kochają jeszcze dzień swoich urodzin, Boże Narodzenie i Wielkanoc... nieważne. Każdy z tych dni równa się PREZENTY! Oczywiście mogą one przyjmować najróżniejszą formę, bo przecież pyszne śniadanie rano czy też wypad do kina z rodzicami, którzy ciągle gdzieś się śpieszą jest równie cudownym darem dla dzieciaków jak nowa lalka Barbie czy klocki Lego. 

Prawdę mówiąc nie pamiętam jakie prezenty otrzymywałam od rodziców, gdy miałam z pięć, czy sześć lat. Wiem tylko tyle, że kiedy już "dorosłam" i zaczęłam być uzależniona od książek to właśnie je dostaję przy każdej możliwej okazji. Spoglądam na moją półkę i nie wiem co było w tamtym roku, ale podejrzewam, że to jakiś paranormal romance. Zdecydowanie jeszcze rok temu za nimi szalałam. Teraz udaję już dorosłą i czytam ambitniejsze powieści (no już już nie śmiejcie się proszę...).

Swoją przygodę z lekturami zaczęłam od przesympatycznej serii o Kubusiu Puchatku. Wiem, że co miesiąc czekałam aż listonosz zapuka do drzwi i kiedy widziałam paczkę od razu mu ją wyrywałam. (Cóż teraz prawie nic się nie zmieniło :D ) Niestety nie mam już tych książeczek w domu, z wielkim żalem, ale jednak, oddałam je mojej małej kuzynce, która teraz sama przeżywa kubusiowe buuuum! 


Później kiedy dorastałam atakowałam wszystkie książki w bibliotece. Niestety w mojej podstawówce nie było już żadnej książki, której bym nie przeczytała. Oczywiście Kubuś nadal rządził i tak zdobyłam II miejsce w konkursie o książce A. Milne. I dostałam taki słodki pamiętnik.. uwaga z kim na okładce? Kubusiem Puchatkiem! 

Gdzieś w między czasie pamiętam, że rodzice zawsze czytali mi baśnie bracia Grimm, czy też Andersena. Do tej pory mam łzy w oczach gdy słyszę o 12 łabędziach, albo o Dziewczynce z zapałkami, Królowa Śniegu też była przerażająca! Oczywiście też nigdy nie wybaczę Disneyowi, że nie pokazał jak  Mała Syrenka zmienia się w pianę. Rozczarowanie do końca życia. 



Kolejne moje przygody z książkami to były cienkie opowieści o miłości, o zgranych paczkach. Wszystkie to książki, które można znaleźć w bibliotekach, ale z czasem nie pamięta się tytułów. Może to była Jeżycjada, a może coś innego. Nie pamiętam, ale wiem, że je uwielbiałam. 


Później były lektury. "O psie, który jeździł koleją" chociaż w sumie ja nie płakałam jako jedyna w klasie. Taki twardziej no! "Akademia Pana Kleksa"- ach te piegi! Moje ukochane "Dzieci z Bullerbyn". I oczywiście "dorosła" powieść "Ten obcy". 


Następnie przyszła faza na kochanego "Mikołajka", którego uwielbiam tak samo jak dawniej! I oczywiście nieśmiertelny "Harry Potter"- miłość dogłębna i chyba aż do śmierci. 


Z czasem mój gust czytelniczy bardzo ewoluował. Pamiętam, że bałam się czytać "Zmierzch", bo pani w bibliotece mówiła, że to nie jest książka dla dzieciaków. Gdy sięgnęłam po "Świat Zofii" w drugiej klasie gimnazjum wszyscy dorośli myśleli, że nic z niej nie zrozumiem, a ja pokochałam filozofię. Teraz kiedy mówię, że uwielbiam  "Nad Niemnem" czy "Mistrza i Małgorzatę" dziwnie na mnie spoglądają rówieśnicy.A gdy pytają się o moją ulubioną powieść mam ochotę ich zabić. 

Książki towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Od maleńkiego pamiętam, że ktoś mi czytał. Później też sama czytałam sobie, ale też mojej siostrze. Powieści rozwijają wyobraźnię dziecka (nawet nie wiecie jakie szalone pisałam wypracowania),ale też ćwiczą język w mowie i pisowni brzdąca. Mogłabym wymieniać korzyści idące z czytania, ale przecież każdy z nas o nich wie. 

Chciałabym, aby każdy dzisiaj znalazła jakieś dziecko (i nie musi to być dziecko w wieku przedszkolnym.. liczy się też takie koło 30 ;p ) i przez chwile mu poczytało, albo chociaż opowiedziało o jakieś powieści, która może go zainteresować, bo moi mili czy nie najlepszym prezentem na Dzień Dziecka nie jest czas spędzony z najbliższymi i nowa książeczka? 

A wy co czytaliście jak byliście młodsi? Co ukształtowało wasz gust czytelniczy? Staracie się może zaszczepić czytanie w innych? I najważniejsze pytanie dzieciaki.. to dostaliście na Dzień Dziecka? :D 

* ilustracje, zdjęcia pochodzą z grafiki google lub serwisu lubimyczytać.pl