środa, 30 lipca 2014

Stos #12

Wiele perełek pojawi się w dzisiejszym Stosie. Praktycznie żadna z tych książek nie pojawiła się tutaj przypadkiem, czy też pod wpływem jakiegoś impulsu. Powoli staję się krytycznym czytelnikiem, który jak najmniej strara się dać porwać chwili i szaleństwu. Stąd też moje zdobycze prezentują się następująco


"Rezydencja"Krzysztof Bielecki - książka od autora. Już raz miałam okazję zapoznać się z dziełem pana Krzysztofa, dletego też teraz nie odmówiłam i muszę powiedzieć, że jeszcze nie jestem w stanie wyrobić sobie o niej zdania.- własna
"Anna i pocałunek w Paryżu" Stephanie Perkins - cóż.. to raczej nie jest książka wysokich lotów! Co więcej zaprzecza mojemu dobremu gustowi czytelniczemu, ale jest tak urocza, że muszę wam o niej opowiedzieć. -własna
"Ostatnie spotkanie w Paryżu"Lynn Iheene- powieść o którą walczyłam jak lwica w bibliotece. Już od bardzo, bardzo dawna chciałam ją przeczytać. Mam nadzieję,że Paryż nie zawiedzie.- z biblioteki
"Pod słońcem Toskanii" Frances Mayes- ach.. jak ja uwielbiam ten film! Gdy tylko zobaczyłam książkę w bibliotece wiedziałam, że muszę ją poznać. - z biblioteki
"Dar Juli" Teherej Mafi - hłehłe... chciałam przeczytać bardzo, ale jakoś jak ją dostałam to mi się odechciało. Czeka cierpliwie na półce- pożyczona 
"Wierna" Veronica Roth- podobnie jak wyżej. Czekałam i nie mogłam się doczekać. Jak mam to mi się odechciało. Co ze mną nie tak? - pożyczona
"Ukryta brama" Eva Voller- kolejna część serii, którą czyta się równie dobrze jak poprzednie!- własna prezent
"Ołówek" Katarzyna Rosicka- Jaczyńska- książka polecona. Wielka niewiadoma, ale biorę w ciemno jeśli właśnie ta osoba mówi, że coś jest dobre. Zazwyczaj ma rację, a dodatkowo postanowiłam, że od teraz w każdym stosiku będzie książka polskiego autora! - pożyczona
"Dziewczyna na Times Square" Paulina Simons- a ta powieść trafiła do mnie przez przypadek. Poszukiwałam innej książki, znlazłam ją, ale w roztargnieniu wzięłam z półki w bibliotece właśnie tą powieść i tak postanowiłam ją przeczytać. 
"Złodziejka książek" Markus Zusak- ach cóż to za perełka. Dostałam w nagrodę za wszystkie moje lata nauki. Żałuję, że w okładce filmowej, ale lepszy rydz nic nic! - własna prezent. 
English Matters wydanie specjalne- co powiem, a powiem, że wydanie specjalne naprawdę godne uwagi! 

I jak wam się podoba mój stos? Znaleźliście coś dla siebie? A może wręcz przeciwnie? 







wtorek, 29 lipca 2014

"Dzika droga. Jak odnalazłam siebie."Cheryl Strayed


Bijcie, zabijcie i dobijcie. Takie słowa pojawiły się w mojej głowie w chwili, w której napisałam jakże oryginalny i porywający tytuł dzisiejszego posta. Już dawno mam w swoich zbiorach tą oto powieść. Dostałam ją na urodziny, ponieważ moja koleżanka zasugerowała się chwytliwą notką na odwrocie:
"Gdy grzeczne dziewczynki zaczytywały się w Jedz, módl się, kochaj, Cheryl naprawdę postanowiła coś zmienić" 
Prawda jest taka, że gdybym sama ją sobie kupiła to bym z miesiąc cierpiała na coś na kształt załamania.

Staram się znaleźć w głowie jakieś pozytywy, ale ich nie ma. Niestety. "Dziką drogę" czytałam bardzo długo i wcale nie dlatego, że nie miałam czasu, o nie! Po prostu po kilku stronach stawała się ona tak nużąca, że musiałam przerywać lekturę. Do tego jeszcze zaplanowałam skurpulatne przeczytanie wszystkich książek z ostatniego stosika i uwaga...uwaga... udało się!


"Dzika droga" to zdecydowanie nie książka dla mnie. Dla kogoś kto ceni sobie wysoki poziom językowy. Nie znoszę zdawkowych opisów miejsc i krain, zabarwionych jakimiś dziwnymi wspomnieniami. Rozumiem, że autorkę do tej tajemniczej podróży "zachęciły" okoliczności. Zdaję sobie też sprawę z tego, że książka miała być swego rodzaju lekiem, ale już za pierwszym razem zrozumiałam, że matka Cheryl umarła, a to odcisnęło na niej wielkie piętno. Nie nie jestem tutaj nieczuła. Czytanie po prostu o jednym i tym samym przez 478 stron jest nużące. 

Z calej powieści mogę wyłuskać kilka naprawdę dobrych fragmentów. Opierają się one głównie na dialogach i nowo poznanych osobach. Ludzie na których natrafiała główna bohaterka nadawali rytm opowieści. Sprawiali, że coś się działo i przede wszystkim przerywali nieskończony monolog myśli autorki. Prawdę mówiąc nawet nie mogę znaleźć kilku ciekawych cytatów. Sama ich nie zaznaczam, a w sieci jakoś tak pusto.
"Strach w znacznym stopniu rodzi się z tego, co sami sobie wmówimy"
Chciałabym napisać coś dobrego o tej książce, ale niestety nie jestem w stanie się do tego zmusić. Gdyby nie piękna dedykacja, która będzie mi cały czas przypominać o moich osiemnastych urodzinach, pewnie bym się pozbyła powieści, bo zdecydowanie nigdy do niej nie wrócę i nie dam kolejnej szasy Cheryl Strayed. Wy za to możecie spróbować, ale nie namawiam do tego jakoś zbyt ochoczo. 

Książka:"Dzika droga. Jak odnalazłam siebie."Cheryl Strayed wyd. Znak 2013, str. 478   

niedziela, 27 lipca 2014

"Autostopem przez życie" Przemysław Skokowski



Dajcie mi choć odrobinkę, szczyptę weny. A może nie weny? Tylko czegoś podobnego do weny, bo przecież wiem co napisać. Wiem jak ugryźć recenzje, wiem o czym chcę wam powiedzieć i zdaję sobie sprawę, że to tak nie będzie miało sensu, bo jeśli nie poznacie tej książki to "umrzyjcie" w piekle. 


Dobrze więc... chwytliwy wstęp już mam.. A napisanie takiego wstępu to nie lada wyczyn dla kogoś kto nie wie co chce przekazać. Szczerze nie da się napisać.. czy wypisać plusów tej książki. Nie da się jej nawet zamknąć w jakimś kontekście czy czymś podobnym. Próbowałam. Nie wyszłam z tego cało.
"Jednak to nie był strach, a raczej przyjemne podniecenie, które nazywamy gorączką podróżniczą. Stan, kiedy podświadomie już oczekujesz jakiejś zwariowanej przygody i nie możesz się jej doczekać."
Tutaj powinnam wstawić masę niecenzuralnych słów, które cisną mi się na usta. Przecież to nie możliwe żeby nie wiedzieć jak ująć opowieść o podróży autostopem tak, żeby każdy ruszył swój tyłek i poszedł kupić książkę. Może ewentualnie jeszcze wpadł na blog Autostopem przez życie. 

Książka Przemysława Skokowskiego to naprawdę fajna lektura. Autor od samego początku daje do zrozumienia, że nie jest pisarzem, że nie chce nic upiększać i o zgrozo czegoś wymyślać. Chce po prostu stać się naszym kumplem, który poprowadzi nas przez świat.
 "Wierzę, że tak naprawdę w życiu najcięższe walki toczymy sami ze sobą. Ze swoimi słabościami, lenistwem czy brakiem odwagi."

I udaje mu się to. Kupiłam całą historię. Naprawdę dawno już tak się nie zrelaksowałam przy jakiejś książce. W "Autostopie przez życie"nie ma fałszu, nie ma niepotrzebnej egzaltacji.. jest po prostu fajny facet z plecakiem i jego przygody. 

Autor udowadnia, że wystarczy mieć marzenia, mieć cel i odwagę by ruszyć dupę i coś zmienić, coś zrobić. Nie wymagajcie ode mnie opisu podróży, bo jeśli wam o niej opowiem to jaki sens będzie miało przeczytanie książki? 

Weźcie ją w ciemno tak jak ja ją wzięłam. I czytajcie.. radujcie się i później cwaniaki starajcie się o niej komuś opowiedzieć. Obawiam się, że będziecie mieć problem, bo wasza dusza pozostanie gdzieś między Rosją, a Birmą. 
"Nigdy nie daj sobie wmówić, że czegoś nie dasz rady zrobić. Dopóki nie spróbujesz sam, nigdy się nie dowiesz. Prawda jest taka, że jeśli czegoś naprawdę pragniesz, to wystarczy trochę szczęścia i modlitwy, a wielką determinacją i wytrwałością można osiągnąć wszystko. Gdy zwątpisz zatrzymaj się, spójrz za siebie i zastanów się, czy naprawdę chcesz sobie odpuścić, pójść na łatwiznę i zaprzepaścić wszystko. Nie. Wtedy zrób przerwę, odpocznij i dalej gnaj przed siebie. Bo determinacja cechuje zwycięzców. Nie poddawaj się, choćby nie wiem ile osób mówiło z nutą kpiny: "Cóż, życzę ci powodzenia!".

Książka: "Autostopem przez życie" Przemysław Skokowski wyd. Muza 2014

sobota, 26 lipca 2014

Czasopisma Colorful Media




Komputer się naprawił, a ja doceniłam jak bardzo kocham to miejsce i jak puste wydają mi się dni kiedy nie mogę czegoś napisać i czymś się z wami podzielić. W najbliższych dniach szykuje się natłok postów, bo przecież nie mając dostępu do internetu musiałam się czymś zająć. 


Chciałabym może zacząć mój powrót od jakiś spektakularnych wiadomości, bo i takich mam kilka! Ale obowiązki to obowiązki. I dlatego dzisiaj kolejna porcja słów o czasopismach, które pomagają uczyć się języka obcego. Obecnie nasuwa mi się dość wkurzający wniosek, że sucha nauka nic nie daje. Po dwunastu latach nauki języka niemieckiego (i uwierzcie, że uczyłam się pilnie i całkiem sporo potrafię!) obecnie w mojej pracy niektórzy mnie uświadamiają, że nie umiem nic. Może to wynika z różnorodności dialektów, a może po prostu z tego, że w szkole uczymy się teoretycznie, a w życiu... no w życiu to już bywa różnie. 

Zostając przy tematyce "niemieckiego" spoglądam sobie na najnowsze wydanie Deutch Aktuell i zastanawiam się o czym by tutaj wam napisać. Poprzedni numer był zdecydowanie ciekawszy. W tym moją uwagę przykuł artykuł o podróżowaniu "z uniesionym kciukiem" i może jeszcze troszeczkę "Volkswagen investiert in Polen". Czasopismo ma to do siebie, że trzeba sobie go dawkować. Oczywiście, że można połknąć je w jeden wieczór, ale w ten sposób tylko sobie poczytamy, a nie nauczymy się nowych i ciekawszych słów. Wydaję mi się, że tutaj właśnie chodzi o naukę a nie o informacje, chociaż one są zdecydowanie słodkim dodatkiem, taką wisienką na torcie. 

W English Matters redaktorzy postawili przede wszystkim na kulturę i chwała im za to. Poczytałam sobie o świetnej i utalentowanej Lorde, która szturmem zdobywa listy przebojów i serca fanów na całym świecie. Ale no jak jej nie lubić? :D 


Później zaczytywałam się w artykule o "bad boys". By skończyć swoją podróż w słonecznej Malcie i zielonej, pełnej tajemnic Wielkiej Brytanii. Sama już nie wiem co ciekawsze... kultura czy podróże? Nie ważne wszystko zasługuje na waszą uwagę!

Na deser zawsze zostawiam sobie Francais Present."Francuskie" wydanie, tak jak wspominałam już wcześniej" ma w sobie coś takiego szykownego..Zupełnie inaczej to czytam. Nie potrafię powiedzieć dlaczego. Po prostu kiedy otwieram pierwszą stronę gazety czuję się inaczej. Mam wrażenie, że spędzam leniwe popołudnie w cieniu parasolu w niewielkiej kawiarni w Paryżu i popijając kawę rozglądam się w około. 
Znowu wydam się monotematyczna, ale to nie moja wina! Naprawdę najbardziej w tych czasopismach urzeka mnie kultura i podróże. Nudzą mnie artykuły o ludziach w szeroko pojętym znaczeniu. Nie mam ochoty zazwyczaj czytać o sporcie czy jakiś nowinkach technologicznych. To nie dla mnie. Ja wolę udać się w podróż dom Amiens czy też Luwru by podziwiać "Wenus z Milo", a w między czasie podziwiać ulicę w całej Francji. Oczywiście jak zawsze czytanie tego akurat czasopisma dostarcza mi najwięcej przyjemności, ale zarazem jest najbardziej czasochłonne. 

Cóż mogę powiedzieć? Zachęcać was znowu do sięgnięcia po czasopisma chyba nie będę, bo jeśli tego jeszcze nie zrobiliście to sama już nie wiem jakich słów trzeba by do tego użyć? 

niedziela, 13 lipca 2014

Jestem niezdarna...

Zepsułam komputer i nie jestem w stanie nic napisać na tablecie.Za kilka dni powinnam wrócić z fascynującym stosikiem w którym min. `Rezydencja`książka którą dostałam od autora oraz nowe czasopisma Corful Media jak i niezmiennie moje małe zdobycze.
Trzymajcie się ciepło i obiecuję że niedługo się widzimy.

piątek, 11 lipca 2014

Coco Chanel (2009)


Coco Chanel- co kojarzy wam się z tą ikoną mody. Widzicie przed sobą masę ubrań,wielkie imperium, a może perfumy lub torebki? Ja wbrew pozorom widzę śliczną kobietę, która miała podobną fryzurę do mnie i głowę pełną marzeń. 

O tych jej marzeniach opowiada film o bardzo prostym tytule "Coco Chanel". Obejrzałam go niedawno po raz kolejny przez przypadek i muszę powiedzieć, że zostałam całkowicie oczarowana. Po pierwsze akcja dzieje się we Francji. To już ogromny plus. Po drugie na ekranie rozbrzmiewa najcudowniejszy język świata- tak dobrze kombinujecie francuski. Po trzecie gra aktorska od pierwszej chwili mnie urzekła. Po czwarte uwielbiam dowiadywać się nowych rzeczy o sławnych ludziach. 


Dostałam to wszystko! I już dawno nie dałam się porwać akcji filmu.To naprawdę doskonałe kino.  Świetnie zrealizowana produkcja, oczywiście bez wielkiego polotu, ale wielką klasą i szykiem. Co prawda brakowało mi odrobinę pięknych strojów, jakie stworzyła Coco, ale tak cała scenografia i szeroko pojęta otoczka cieszy oko. Tak samo jak fenomenalna jak dla mnie gra aktorska.


Nie wiem czy jestem dość obiektywna, ale ja po prostu uwielbiam francuskie kino. I od kilku dni wszystkim polecam film o pierwszej kobiecie, która nie bała się rzucić w "cholerę" gorset, nie bała się ubrać spodnie i powiedzieć wszystkim, że spełni swojej marzenia. Bez względu na to czy będzie nikim, czy aż żoną księcia czy jakiegoś tam barona. Po raz kolejny zakochałam się w Coco, a raczej Gabrielle. Kobiecie, która do tej pory powinna być wzorem, ale nie tylko w kwestii mody, ale także w kwestii nieugiętej pracy i dążenia do celu. Wiem jedno.. po tym filmie na pewno rozbudzę w sobie ciekawość i postaram się jak najwiecej dowiedzieć się o tej drobnej, pełnej klasy Francuzce. Nawet już zaczęłam czytać książkę, którą kupiłąm sobie rok temu, ale nie było czasu ją przeczytać, a mianowicie "Coco Chanel i życie intymne"- spodziewajcie się niedługo sporej aktywności tej kobietki na moim blogu. Cóż to czasami jeden film potrafi zrobić z człowiekiem? 

Film: Coco Chanel reż.Anne Fontaine

środa, 9 lipca 2014

"Dobrani" Ally Condie


Do moich planów czytelniczych, a raczej obecnego (już kończącego się Stosika) wkradła się pewna monotematyczność. W czerwcu i lipcu postawiłam przede wszystkim na lekkie, mało zobowiązujące lektury, których największą zaletą było to, że czyta się je w mgnieniu oka. 
"To zadziwiające, jak mocno trzymamy się fragmentów przeszłości, czekając na przyszłość."
Właśnie do takich powieści mogę zaliczyć "Dobranych" Ally Condie. Co mnie skusiło do przeczytania tej powieści, oprócz oczywiście dobrej "wróżki czytelniczej", która pewnie teraz czyta tego posta..(tak Wika mówię o tobie) i myśli sobie, że ja to mam świetną biblioteczkę? A no nic innego jak bardzo soczysta okładka i chyba jednak odrobinę tematyka. 
,,Dobór służy przede wszystkim dwóm celom: zapewnia zdrowych i sprawnych obywateli naszemu Społeczeństwu oraz pozwala zainteresowanym obywatelom doświadczyć udanego życia rodzinnego. Optymalny Dobór jest dla Społeczeństwa sprawą najwyższej wagi."
"Dobrani" to klasyczny romans w alternatywnym świecie, którym rządzą takie, a nie inne prawa. Cassia to miła dziewczyna, w której nie odnalazłam nic wyjątkowego, podobnie jak w Xanderze jej potencjalnym chłopaku, którego zaproponowało jej Społeczeństwo. Innym typem mężczyzny okazał się zaś Ky'em chociaż właściwie nie. Wszyscy bohaterowie tej stosunkowo króciutkiej powieści po prostu sobie byli. Teoretycznie mieli w sobie coś, ale teraz pisząc te słowa (minęło kilka dni, a ja nadrabiam zaległości) zdaję sobie sprawę, że nie potrafię o nich nic powiedzieć.
"[…] warto się zastanawiać."
Nasuwa się więc bardzo trafny, ale może odrobinę krzywdzący wniosek. Książka Condie jest miła, ciekawa i nawet dość porywająca, ale tylko w tedy gdy się ją czyta, a nie gdy uruchamiasz swoje szare komórki i chcesz opowiedzieć o niej innym.
"Lubię miejsca, gdzie części łączą się ze sobą. Oczy z policzkami, nadgarstki z dłońmi."
O czym tak w ogóle jest cała powieść? O dziewczynie, której obcy ludzie, ponoć naukowcy w bardzo szczegółowym procesie selekcji, wybierają chłopaka. W między czasie okazuje się, że nastąpiła pomyłka i przez chwile jej wybrankiem był zupełnie inny mężczyzna. Oczywiście mężczyzna z tajemnicą. Później tradycyjnie Cassia się waha.. nie tylko co do miłości, ale też do poprawności i sensu istnienia całego Społeczeństwa. Książka kończy się w odpowiednim momencie. W momencie, w którym autorka brutalnie przerywa i zostawia Czytelnika z kwitkiem, który będzie chciał wykorzystać na następną część serii. Czy warto go wykorzystać musicie zdecydować sami.
Dla mnie "Dobrani" byli lekką lekturą z potencjałem, który możliwe, że się w dalszych tomach rozwinie. 

Książka: "Dobrani" Ally Condie wyd.Prószyński i S-ka Warszawa 2011 str.252

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Nowa Ziemia"Julianna Baggott


Staram się skleić jakieś zdania. Naprawdę bardzo się staram, ale na dworze tak pięknie świeci słońce. Z nieba leje się żar, a ja czuję się jak czekolada, która roztapia się w kieszeni. Z jednej strony uwielbiam taką pogodę. Można się wygrzać, poopalać i ogólnie nacieszyć pięknym dniem, ale z drugiej strony takie temperatury sprawiają, że mój mózg jakby troszeczkę wolniej pracował i właśnie dlatego mam problem z napisaniem czegoś co może będzie przypominać recenzję... może. 
"Niebo jest posiniaczone, tylko burza może je uleczyć."
Od razu powiem, że nie wiem co mam myśleć o "Nowej Ziemi". Stwierdziłam już na samym początku, że to strasznie dziwna powieść. Straaasznie! Nie mogłam sobie początkowo wyobrazić całego tego nowego świata. Tych wszystkich "wtopionych" ludzi. Czułam momentami wielkie, wielkie obrzydzenie. A fabuła właściwie też się niczym szczególnym nie wyróżnia. 
"Można znaleźć piękno jeśli wystarczająco mocno się go szuka"
Ot dobry chłopak, prawie idealista-Czysty Patridge oraz dość odważna i oczywiście wyjątkowa dziewczyna Pressia. Los splata ich ze sobą w dziwnym świecie. W świecie tuż po wybuchu, gdzie broń atomowa i inne dziwne bomby sprawiły, że ludzie przypominają troszeczkę patchworkowe potwory. Tak jeden ma w plecach żywe ptaki, inny zaś nosi na barana brata, który jest z nim złączony jak syjamski bliźniak.Ktoś ma zamiar dłoni głowę lalki, a ktoś jeszcze inny wtopioną ramę okna. Nie wiem skąd autorka miała tyle wyobraźni, ale mnie to troszeczkę przerosło. Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić i przyznam się szczerze czułam ogromne obrzydzenie. 
"Nasi bracia i siostry, wiemy, że tu jesteście. Pewnego dnia wyjdziemy z Kopuły i przyłączymy się do was w pokoju. A na razie przyglądamy się Wam życzliwie z oddali."
Cała fabuła opiera się na ratowaniu świata. Na "dobrym" miejscu- Kopule, gdzie żyją ludzie i jak bogowie przyglądają się cierpieniu po za obszarem chronionym i na "złym" i "gorszym" świecie. Nie trzeba być Einsteinem , żeby wiedzieć, że coś musi się stać. Jakaś wielka wojna, walka i naturalnie nasi główni bohaterowie w samym jej centrum.


Jak w tym świecie ktokolwiek może obiecywać, że wróci? Przypomniałasobie uśmiechniętą buzię, którą narysowała na zakurzonych drzwiach szafki w
mieszkaniu dziadka. To dziecinne, głupie kłamstwo

Mam ostatnio wrażenie, że strasznie generalizuję wszystkie powieści, ale to nie moja wina, że czytając już tak wiele książek ciężko jest odnaleźć coś całkowicie oryginalnego. "Nowa Ziemia" wyróżnia się na pewno na rynku wydawniczym. Autorka używa naprawdę dobrego języka, totalnie poetyckiego, że aż ma się ochotę chłonąć słowa całymi dniami, ale mnie po prostu nie przekonała. Nie powiem, że czegoś mi zabrakło, bo nie zabrakło. Była akcja, było coś nowego, byli fajni bohaterowie, było okrucieństwo, ale nie było tego czegoś co by mnie porwało i sprawiło, że zarwałabym noc. 

"Nowa Ziemia" to opowieść o skutkach nadużywania broni jądrowej i nie tylko jądrowej. To pokazanie do czego możemy się sami w końcu doprowadzić. To opowieść o ludziach, którzy mimo rys, wad i cierpienia nigdy się nie poddają i zawsze potrafią się przystosować. Jeśli macie na coś takiego ochotę to polecam, bo prawdę mówiąc ja nie wiem czy mam ochotę na kolejną część serii. 

Książka: "Nowa Ziemia"Julianna Baggott wyd. Egmont 2012 str.472

sobota, 5 lipca 2014

"Przysięga" Kimberly Derting


"Romantyczna powieść o przyjaźni i pierwszej miłości dla miłośników Igrzysk Śmierci i Niezgodnej" po takich słowach od razu włączyła mi się czerwona lampka. Wszyscy dobrze wiedzą, że nie lubię reklamy bazującej na innych dziełach, bo mimo, że jest to doskonały chwyt marketingowy to nie zawsze go rozumiem. Zazwyczaj kończy się na tym, że powieść, którą ktoś nam poleca nie ma w sobie nic z fabuły swoich troszkę popularniejszych koleżanek.
"Słowa kryły znaczenie, ale w głosie kryły się emocje"
Oczywiście i tym razem tak było. "Przysięga" Kimberly Derting nie przypomina mi w żaden sposób ani Igrzysk Śmierci ani Niezgodnej. Jest po prostu zupełnie inna i to jej największy atut. 
Ludania to brutalny kraj z surowymi zasadami i społeczeństwem podzielonym na klasy. Członkowie odpowiedniej  warstwy wyróżniają się nie tylko sposobem bycia czy strojem, ale też językiem. Podniesienie wzroku lub próba zrozumienia słów ludzi, którzy są wyżej w drabinie społecznej karana jest śmiercią. 
"Codzienne obowiązki odwracały uwagę od problemów, z jakimi borykał się kraj, od grożącej nam wojny. I od wojny, jaka toczyła się we mnie."
Można się domyślić, że nasza główna bohaterka Charlaina posiada nad wyraz dziwny i niespotykany dar. Rozumie wszystkie języki w jej świecie. W pewnym sensie to czyni ją wyjątkową, ale równocześnie sprawia, że jej życie wisi na włosku. 
Niktsię nie domyśla jej daru do czasu, gdy do akcji wkrada się tajemniczy mężczyzna- Max. I ty ku zdziwieniu większości wcale go nie polubiłam, a to się dość rzadko zdarza. 
Przyznam się, że pochłonęłam "Przysięgę" w kilka godzin. Może to za sprawą jej niewielkiej objętości, a może przez to, że najzwyczajniej w świecie mnie wciągnęła. Już od pierwszych słów autorka wie jak zaciekawić czytelnika.
"- Jesteśmy już tak blisko - powiedziała. - Tego, o czym zawsze marzyliśmy, na co tak ciężko pracowaliśmy. - Spojrzała na mnie; jej oczy błyszczały. - Ty nam możesz to dać, Charlie. Możesz wszystko zmienić."
 Akcja momentami pędzi jak szalona, by za chwilę zwolnić i leniwie płynąć. Cała opowieść miała w sobie wiele niespodzianek. Nie raz rozdziawiłam swoją buźkę w niedowierzaniu. Zaskoczenie to chyba najlepsze słowo jakim mogę opisać całą tą powieść. Naprawdę nie spodziewałam się, że aż tak mnie zafascynuje i sprawi, że nie będę mogła się od niej oderwać. 
"Przysięga była nie tylko obietnicą. Była jednocześnie rozkazem"
Wiadomo, że nie jest to opowieść wielkich lotów. Oczywiście na próżno tutaj szukać filozoficznych czy egzystencjalnych frazesów. Nie trudno się też domyślić całej otoczki i ogólnego zarysu fabuły, ale ja odpoczywam przy takich książkach, a gdy jeszcze dodatkowo przez chwilę odpływam w stworzonym świcie czuję się po prostu usatysfakcjonowana i właśnie tak było w chwili kiedy dotarłam do ostatniego zdania powieści stworzonej przez Kimberly Derting.

Książka: "Przysięga" Kimberly Derting wyd. Amber Warszawa 2013 str. 271

czwartek, 3 lipca 2014

"Anioł" L.A Weatherly


Wydaję mi się, że nigdy nie dorosnę i nigdy nie przestanę czytać książek dla młodzieży, które wbrew pozorom mają w sobie coś fascynującego. Obecnie prawie moje wszystkie czytelnicze plany sprowadzają się do takich powieści. Po prostu bez większego sensu i przemyślenia skompletowałam swój mały stosik z historii, które w gruncie rzeczy bardzo lubię.
Tą przesympatyczną podróż po kartach książek z lekką, ale równocześnie dość ciekawą fabułą rozpoczęłam z L.A Weatherly i jej "Aniołem". Już sam tytuł zapowiada z czym, a raczej z kim będziemy mieć do czynienia. Oczywiście, cieszy mnie wasza nadzwyczajna spostrzegawczość i jasność umysłu...Niezmiernie się cieszę, że nikt nie pomyślał o demonie, chociaż właściwie często i gęsto obok wyidealizowanych super bohaterów pojawiają się ciemne charakterki. Zazwyczaj okazuję się, że mają oni jakąś jaśniejszą stronę, którą okazują tylko swojej wybrance, ale to tak zawsze coś. 

Tutaj też znajdzie się takie alter ego złego faceta, ale ku mojemu zdziwieniu będzie to i człowiek i anioł. I uwaga nie będzie to jedna postać. Brzmi tajemniczo, a może fascynująco? Sama nie wiem. W powieści Weatherly mamy do czynienia z walką dobra ze złem. Oczywiście jest nieświadoma swojej wyjątkowości, dość sympatyczna, lecz posiadająca brudny sekret dziewczyna- Willow, jak i również jej nowy, tajemniczy, mega seksowny i totalnie odjazdowy chłopak- Alex. 
"Gapiłam się na niego jak krowa na pociąg."
Oczywiście, nie chcę nikomu tutaj spojlerować, ale czy naprawdę muszę? Wszyscy wiemy jak się kończą takie spotkania. Zazwyczaj wybucha romans na skalę miłości Edwarda i Belli z domieszką chaosu Eleny i Damona. W "Aniele" ten namiętny związek jest troszkę mniej burzliwy, ale zawsze. 

Cała historia opiera się na tym, że główna bohaterka jest półaniołem, pół człowiekiem.. troszkę takim Nefilim, ale jakoś nikt po "Szeptem" nie używa tego sformułowania.. szkoda, bo tam potomkowie boskich istot byli całkiem nieźli.. Tak, tak mówię o Skocie! :D Jej przeznaczeniem, które dopiera z pomocą sympatycznego chłopaka odkrywa, jest pokonanie totalnie złych Aniołów, którzy karmią się ludzką energią. Totalny odjazd. Pojawia się więc kilka nowych pojęć, jak np. "anielskie poparzenie", pojawiają się też grupy walczące z aniołami np. Aleks i CIA. Ogólnie wszystko to coś konieczne do pokonania wrogów. Dużo też w "Aniele" świetnie wykreowanej i naprawdę interesującej znajomości Willow i Aleksa. Początkowo nawet nie tak bardzo cukierkowej. Później to jak to później bywa.. miłość zaślepia.

Ciekawym zabiegiem było też wprawdzie narracji z kilku punktów widzenia. Średnio ją lubię, ale wiem, że inaczej czasami się nie da. Więc po prostu z rozdziawioną buźką czytałam jak Aleks opisuję Willow, by później śmiać się, gdy dziewczyna zastanawiała się czy jej super bohater coś do niej czuje. Uwielbiam takie sytuację w książkach, bo później w życiu łatwiej jest sobie uzmysłowić, że wszystko postrzegamy inaczej, a zwłaszcza kobiety i mężczyźni. Cóż.. wszystko ma dwie strony! Czasami też autorka przenosiła nas do obozu wroga i mogłam przez chwilę zastanawiać się, czy nie istnieje inny już Anioł niż Raziel?Wszędzie go pełno. Może mógłby zostać w tym swoim niebie i tam szaleć?Albo chociaż wysłał kolejnym autorom jakiś indeks nazwisk swoich kumpli, żeby wymyślili coś nowego!

Co tu dożo mówić... "Anioł" naprawdę mi się podobał. Lubię takie historię i tyle. Bez żadnych rekomendacji, bez żadnych ochów i achów. To książka jakich pełno na rynku, ale oczywistością jest, że dla takich książko maniaków jak ja musiała dotrzeć. Ten gatunek nigdy mi się nie znudzi, bo sprawia, że czuję się taka lekka i wyluzowana. Naprawdę odpoczywam przy takich lekkich powieściach. Uwielbiam czytać o miłości i nadprzyrodzonych istotach, nic na to nie poradzę. 

Książka :"Anioł" L.A Weatherly wyd. Świat Książki, Warszwa2014 str. 398

wtorek, 1 lipca 2014

"Córka markizy" Laurel Corona


Kobietom nie wypada. Dobra dama się tak nie zachowuje. Ależ kochana panience nie wypada pisać opowieści. Ależ niemożliwe, że użyła pani tak protekcjonalnego tonu. 
Niemożliwe. Myślę. Czytam. Nadal nie dowierzam, chociaż w głębi duszy wiem, jak wyglądał świat 300 lat temu. Zawsze jednak mam nadzieję, że to wszystko to tylko wymysły. Wiem, że tak nie jest.
Nie żałuję, że lawirując po bibliotece. Dotykając, muskając grzbiety książek, by odnaleźć coś niesamowitego, natrafiłam na "Córkę markizy" Laurel Corona. 
"Kobiety uznawane za czarujące rzadko odkrywają swoje prawdziwe myśli."
Autorka w książce opowiada historię młodej dziewczyny Lili, która zapragnęła innego życia. Życia wolnego i pełnego nadziei, w którym jej jedynym zajęciem nie będzie potakiwanie i naskakiwanie "bufoniastym" dżentelmenom. 
Powieść jest jak niewielki strumyk, w którym wolno płynie woda. Słowa zapełniają kolejną stronę, a ja mknę za nimi jak oszalałe dziecko za małą piłeczką. Podobała mi się książka Corona, naprawdę. Nie była to lektura porywająca, zapierająca dech w piersiach. Nie byłą też zawiła czy spektakularna. Po prostu historia córki markizy-notabene kochanki Woltera trwała i rozwijała się spokojnie, niczym kwiat. 
"Jeśli nie poznasz siebie, nie doświadczysz prawdziwego szczęścia...Będziesz już zawsze pływać w oceanie niepewności, niszczyć rano to, co udało ci się zrobić wieczorem, przejdziesz przez życie popełniając głupie błędy, których będziesz później żałować lub które będziesz próbować naprawić."
Lubię czasami zagłębić się w powieściach historycznych. Dostarczają mi one nie tylko wiele przyjemności, ale też uczą mnie czegoś nowego. Tutaj dowiedziałam się o życiu i zwyczajach arystokracji we Francji w połowie XVIII w, ale także poznałam słodką historię dwóch młodych dziewczyn, które pragną na przekór wszystkiemu szczęścia. 
"Córka markizy" co opowieść, w której odnajdziemy dwie narracje. Poznamy życie matki i córki, a na deser otrzymamy opowieść o losach Świergotki, postaci wykreowanej przez Lili. Naprawdę nie wiedziałam, że w jednej powieści można zmieścić tyle opowieści. 
Z czystym sumienie mogę polecić tą powieść wszystkim pasjonatom dobrym książek. Ale książek, które są delikatne, subtelne i po prostu są. Bez rewelacji, bez sensacji, ale z postaciami i światem tak wykreowanym, że przez chwilę ma się wrażenie, że lawiruję się z tańczącymi parami, w pięknej sukni w Wersalu, a tuż obok ciebie bawią się najznakomitsze postacie ówczesnych czasów. 

Książka: "Córka markizy" Laurel Corona wyd. Nasza Księgarnia, 2012