sobota, 30 sierpnia 2014

"Ukryta brama" Eva Voller



Dziewczyna w atramentowej sukni nieśpiesznie przemierza ciemne ulice miasta. Jedynym źródłem światła jest wątły księżyc, nieśmiało wychodzący za chmur. Kilka minut temu padało, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego to Londyn. Królewskie miasto. 
"-Skoro ja mam dostać garderobianą, czy ty nie powinieneś mieć kamerdynera?
-Ależ mam kamerdynera. Nazywa się Meeks i wygłosił przede mną długi wykład o tym, że prawdziwi dżentelmeni obecnie czeszą się à la Brutus.
-Brutus? Chodziło mu o tego gościa, który zabił Cezara?
-Chyba tak.
-Miał fryzurę jak z tunelu aerodynamicznego?
-Nie mam pojęcia, tak podejrzewam.
-To by przynajmniej tłumaczyło, dlaczego dziś jesteś taki rozczochrany. Już myślałam, że nie znalazłeś grzebienia.".
Anna i Sebastian tym razem trafiają do Anglii. Ich kolejna podróż w czasie dostarcza czytelnikowi nie lada emocji. Zapomniałam już jak dobrze mi się czytało poprzednie części. W serii stworzonej przez Eve Voller jest pewien magiczny pierwiastek i wcale nie mam tu na myśli podróży w czasie, chociaż są one jednym z atutów całej książki. Uwielbiam czytać powieści, które przenoszą mnie do dawnych dni. W "Ukrytej bramie" po raz kolejny autorka świetnie oddała klimat historycznych dni. XIX-wieczny Londyn wchłonął mnie i wcale i nie chciał wypuścić. Coś mnie trzymało w książce i krzyczało "czytaj mnie...czytaj". 
"Przedtem Sebastiano przytulił mnie mocno.
- Uważaj na siebie!
- Nie martw się. - Wskazałam na swój kark. - Mam tu prywatny alarm przeciwpożarowy.
- Poczekaj. Dam ci coś jeszcze. Może to też odrobinę doda ci sił - Wyjął z górnej szuflady komody małe, obciągnięte aksamitem pudełeczko i mi je podał. - Proszę. Prawdopodobnie powinienem przy tym paść na kolana, ale to by mi zniszczyło przebranie, dlatego wyjątkowo niech będzie tak. Ale z miłością.
- Och. - Czując suchość w gardle, otworzyłam pudełko. Znajdował się w nim delikatny pierścionek z małym, lecz cudownie iskrzącym się kamieniem.
- To jest... - Zająknęłam się.
- Pierścionek - wtrącił Jose usłużnie. - Dokładnie rzecz biorąc, pierścionek zaręczynowy."
Pamiętam, że "Złoty most" nie był dla mnie ciekawy. Odosobnienie bohaterów zdecydowanie działało na niekorzyść całości. Na szczęście w tej części Eve Voller połączyła ze sobą główne postacie i tak oprócz wątków historycznych i tych związanych z ratowaniem świata, otrzymałam niezłą historię miłosną.
" [...] Mam już dość tego, że przynajmniej raz na rok ktoś do ciebie strzela albo rani cię nożem. Musimy z tym skończyć. Moje dzieci muszą dorastać z ojcem."
Wydaję mi się, że polecanie trzeciej części jest raczej zbyteczne, bo jeśli ktoś przeczytałam poprzednie i po tą sięgnie. Dlaczego? Po prostu z ciekawości lub z chęci zagłębienia się w klimacie książki, który jest zdecydowanie czarujący i wciągający. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was na podróż do Londynu, najlepiej ze szczyptą humoru i zmysłem piękna, bo jest czym się zachwycać oczywiście nie mówię tu tylko o okładce "Ukrytej bramy" 

Książka: "Ukryta brama" Eva Voller wyd. Egmont


piątek, 29 sierpnia 2014

"Czarownica" ("Maleficent") 2014


Nie ma nigdy białej i czarnej strony. Nie zdarzają się w życiu sytuacje jasne i klarowne. Nawet szczęście i cierpienie mają tysiące odcieni. Podobnie jest z historią o pewnej złej czarownicy, która podobno zagubiła się we własnym zgorzknieniu.

Ale czy rzeczywiście tak było? Czy zło powstaje samo z siebie? Po obejrzeniu "Czarownicy" już nigdy nie będę oceniać po okładce. Czasami czyny człowieka mają głębszy sens. Czasami nawet są swego rodzaju zaklęciem przeciw złemu światu. Przeciw świadomości, że coś może nas zniszczyć czy doprowadzić do łez. 


I tak z dobrego dziecka rodzi się wielka i potężna Maleficent. Kobieta, która niosła śmierć, a wśród wrogów uchodziła za definicję zła. 

Oczywiście po film Disney'a sięgnęłam przez przypadek. Na większość zresztą produkcji trafiam w ten sposób. Nauczyłam się, że muszę ufać swojej intuicji, ponieważ zazwyczaj mnie nie zawodzi. I tak było tym razem. Co prawda liczyłam na coś bardziej ambitnego, wszak główną rolę gra Angelina, ale w ogólnym rozrachunku "Czarownica" nie jest najgorsza. 

Fakt, że w ogóle nie zapamiętałam innych aktorów niż Jolie nie wróży mu dobrze, ale gdy na ekranie pojawia się ta zjawiskowa kobieta nikt inny nie ma szans. A więc opowieść o Maleficent to przede wszystkim popisowa gra Angeliny, chociaż nie jest to film do jakich nas przyzwyczaiła. Znamy ją z doskonałych, ale dość trudnych ról. Tutaj nie miała też ułatwionej roli, ale jak dla mnie po "Przerwanej lekcji muzyki" "Czarownica" była mrzonką, tanią bajeczką dla dzieci. 

Drugie skrzypce w ekranizacji, a raczej zmyślnej adaptacji opowieści o Śpiącej Królewnie wcale nie gra księżniczka, a najzwyczajniej w świecie scenografia, która momentami zapierała dech w piersiach. Ciemność i gra światłem odbijały się echem w każdym możliwym momencie filmu. 

Szkoda, że wszyscy inni bohaterowie nie specjalnie się wyróżniali. Elle Fanning daleko do utalentowanej siostry i momentami miałam wrażenie, że dziewczyna znalazła się tam przez przypadek. Jej ojciec zaś był tak dziwną postacią, że nie jestem w stanie wyrobić sobie na jego temat zdania. 


"Czarownica" to przede wszystkim nowa interpretacja dobrze znanej bajki. Niespodziewana i nad wyraz nieprzewidywalna. Film sprawił, że przez chwilę się zatrzymałam, pomyślałam i myślę, że najlepszy powód (oczywiście prócz Angeliny, ale w jej przypadku nie jestem obiektywna) by poświęcić chwilkę wieczorem i poznać zupełnie nową opowieść o Śpiącej Królewnie, a raczej Maleficent.

Film: "Czarownica" ("Maleficent") 2014 reż. R. Stromberg

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

"Ostatnie spotkanie w Paryżu" Lynn Sheene


Nieśpiesznie palce wystukują rytm. To znak, że postanowiłam w leniwym, a nawet odrobinę ślamazarnym tempie stworzyć kolejną recenzję. Zauważyłam jednak pewną prawidłowość.. im więcej czasu milczę tym słowa trudniej się układają w lekką i powabną całość. Gdzieś po drodze gubię piękno i trwałość przekazu. 

Wszystko brzmi podobnie. Każda opinia skupia się na tym, że nie wiem co powiedzieć. Omijam to co sprawia mi trudność tylko po to by skleić coś to sklejone niekoniecznie chce być. 

Przez chwilę zwątpiłam w sens początku dzisiejszego wpisu, ale właściwie jak rozpocząć kolejną z kolei opinię? Co napisać by zaciekawić czytelnika, ale równocześnie nie tracić... właśnie czego nie tracić? Czy można coś stracić powtarzając się, czy raczej ryzykując innowacyjność? 

Śmiało mogę powiedzieć, że Leynn Sheene autorka "Ostatniego spotkania w Paryżu" nic nie zaryzykowała. Stworzyła powieść, która z pozoru niczym się nie wyróżnia, ale równocześnie ma w sobie coś. Łatwo powiedzieć coś.. trudniej udowodnić czym to właściwie jest. 

Kiedy dodałam Stosik jedna z osób napisała, że w książce Paryż ma niesamowity klimat i muszę się z tym bezwarunkowo zgodzić.  Z wypiekami na twarzy czytałam o podróży Clarie po wąskich i klimatycznych zakątkach. O jej nieśpiesznych wędrówkach po parku czy nawet wizytach w Ritzu. W odbiorze tego piękna nie przeszkadza nawet widok niemieckich żołnierzy, którzy oczywiście budzą strach i respekt mieszkańców. 

Odniosłam wrażenie, że autorka skupiła się przede wszystkim na przekazaniu piękna i ulotnego nastroju panującego w mieście zakochanych. Staram się teraz odkurzyć w głowie charakterystykę czy też próbę kreowania bohaterów i nie jestem w stanie. Gdzieś w zawierusze wojennej postacie z "Ostatniego spotkania w Paryżu" mieszają się w jedną niezbyt wyraźną breję. Co prawda Lynn Shenne starała się nadać specyficzny charakter Clarie, ale w ostatecznej rachubie stała się ona po prostu szukającą siebie i swojej drogi kobietą. Szykowną i pełną odwagi kobietą, ale niczym się nie wyróżniającą na dłuższą metę wśród innych bohaterek, w których wojna jest na pierwszym miejscu.

Wiele dobrego słyszałam o tej powieści. Miała mnie przenieść do innego świata. Sprawić, że całkowicie mnie pochłonie, że przepadnę gdzieś w połowie. Nie dokładnie to się stało, ale równocześnie też się nie wynudziłam. "Ostatnie spotkanie w Paryżu" to nie tylko opowieść o wojnie i o zakochanej kobiecie, ale także doskonałe studium psychologiczne, nawet mogłabym się pokusić na stwierdzenie, że jest to książka z elementami kryminalnymi. 

Komu ją polecam? Przede wszystkim romantyczką, które pragną spędzić kilka chwil w świecie, w którym prawdziwa miłość zwycięża, ale równocześnie nie jest ona głównym tematem. Jest ona swego rodzaju łącznikiem między wątkami w całej powieści. 

Książka:"Ostatnie spotkanie w Paryżu" Lynn Sheene Wydawnictwo Otwarte, 2012





czwartek, 21 sierpnia 2014

To mnie....



Spoglądam nieśmiało za okno. Rzucam przelotne spojrzenie pędzącemu gdzieś mężczyźnie. I w tym całym smutnym nieporozumieniu codzienności staram się odnaleźć siebie i swój dobry nastrój. 


Czuję w powietrzu duszący zapach melancholii. Napierający oddech jesiennych wieczorów. Szarej codzienności, przeplatanej czerwonymi promieniami zachodzącego Słońca. 


Już nawet książki pokrywa szara powłoka kurzu, który jak słodki lizak lepi się do rączek małego dziecka. Telewizor namiętnie milczy od kilku tygodni, a ja niezdarnie rozglądam się za sensem mijanych dni. Pędzących niczym stęskniony kochanek, powracający z odległych krain.


Czy to naturalne,że rzeczywistość nabrała słodko-kwaśnego smaku? Smaku zakrapianego łzami i wszechogarniającym smutkiem. 



wtorek, 19 sierpnia 2014

"Wierna" Veronica Roth


Czasami życie sprawia, że nasza codzienność robi obrót o sto osiemdziesiąt stopni, a momentami zaś okazuje się, że stoimy w miejscu. Przez długi okres wierzyłam, że stoję w miejscu,że nic się u mnie nie zmienia. Prawda była jednak o wiele bardziej bolesna i rozczarowująca
 "Czasem życie jest naprawdę do dupy. Ale wiesz czego się trzymam? Chwil, które nie są do dupy. Cała sztuka polega na tym, by umieć je dostrzec."
Sięgając po "Wierną" czułam, że spędzę kolejny miły wieczór, ewentualnie dwa. Rzeczywistość miała za to zupełnie inne plany. Podczas lektury okazało się, że nie jestem już tym samym człowiekiem. Wszystko się zmieniło. Poprzednie części były dla mnie jak balsam dla duszy. Zrelaksowałam się przy nich i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawiłam. 

Brnąć jednak po kartach "Wiernej" niczym zbłąkany turysta po górach uświadamiałam sobie bolesną prawdę. Nie potrafiłam wciągnąć się w akcję. Nie rozumiałam tragedii Tris czy codzienności Tobiasa. Wszystko było nad wyraz banalne i dziwnie denerwujące. Gdzieś po drodze zdawałam sobie sprawę, że wyrosłam z takich książek. Nic, a nic mi ona nie dała. Zupełnie. Może tylko ból głowy i myśl, że nie rozumiem co się dzieje.Dlaczego nie mogłam się na nowo zakochać w świecie stworzonym przez Roth? 
"Wiedziałem, że życie nas okalecza. Każdego z nas. Nie da się tego uniknąć. Ale powoli zaczynam się przekonywać, że możemy zostać uzdrowieni. Że nawzajem się uzdrawiamy."
Nie byłam zadowolona z kierunku w jakim poszła autorka. Nie chciało mi się zbytnio czytać o kolejnych rozterkach bohaterów. Czegoś mi za każdym razem brakowało. Nie kupiłam "Wiernych", którzy walczyli o przywrócenie frakcji i starego porządku. Nie wierzyłam w prawie bez problemowe osiąganie celu. 

Po opuszczeniu przez Tris i Tobiasa Chicago i pozbyciu się "nalepki" Nieustraszeni cała powieść straciła swój urok. Do całej tej niezrozumiałej beznadziejności autorka dodała jeszcze złe zakończenie. Mogła chociaż tego mi oszczędzić i pozostawić wszystko tak jak być powinno. 
"Niczym się nie wyróżniała - poza tym, że skoczyła pierwsza. Sztywniaczka skoczyła pierwsza."
Ciężko mi się czytało "Wierną". Momentami miałam ochotę wyrzucić ją przez okno i prawie nigdy nie chciałabym jej zatrzymać w domu. Tłumaczę sobie, że wyrosłam już z takich powieści, ale z drugiej strony niedawno skończyłam "Dar Julii" i byłam zachwycona. Nie rozumiem dlaczego autorka tak bardzo mi obrzydziła "Wierną"? Brakowało mi w niej płynności i jakiegoś takiego piękna w języku. Brnęłam przez nią, ale bez krzty entuzjazmu, a szkoda, bo liczyłam na coś naprawdę fajnego. 

Książka: "Wierna" Veronica Roth wyd. Amber 2014 str.381

piątek, 15 sierpnia 2014

"Zeszłej nocy" (2010)


Kiedy łza w oku kręci się, a moje emocjonalne wnętrze rozlatuje się na tysiąc kawałków, wiem, że dobrze spędziłam kilka chwil. 
Nie wiem jak określić to do jakiego stanu psychicznego doprowadził mnie bardzo niepozorny film "Zeszłej nocy". Wcześniej nawet nie wiedziałam, że taki film powstał. Trafiłam na niego przypadkiem. Szukając całkiem czegoś innego. 



Osobisty... takie słowo od razu pojawia się jak neon w mojej głowie. Czuły i zmysłowy. Udowadniający, że nie akcja, nie sex, nie love story z happy endem jest najpiękniejsza, ale film który urzeka swoją delikatnością i powabnością. 
Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób "Zeszłej nocy" będzie nużący i ciągnący się jak flaki z olejem gniot. Nie każdy lubi tak subtelne i przemyślane kino. Jest to filmy o różnych odcieniach miłości i zdrady. Filmy o namiętności, podążaniu, przyjaźni i miłości w wydaniu na najwyższym poziomie. 



Joanna jest szczęśliwa. Tak samo jak jej mąż. Ale bycie szczęśliwym nie zamyka drogi do pożądania i wspomnień. Do marzeń i do delikatności. "Zeszłej nocy" to skondensowana opowieść o ludzkich uczuciach, ludzkich demonach i pragnieniach. O tym co sprawia, że jest się spełnionym, ale równocześnie zagubionym we własny świecie, we własnym ja. Chemia bijąca od Keiry i Guillaume'a  sprawia, że ciarki same pojawiają się na plecach. Oglądałam film jak zaczarowana, równocześnie kibicując dwóm zagubionym duszą, które starają się odnaleźć w swoim małym wnętrzu. 

Reżyser zagrał na emocjach widza. Dostarczył niepowtarzalną i prawie nie spotykaną dawkę prawdziwego życia z lekką nostalgią i morałem malującym się na końcu. Czym tak naprawdę jest zdrada? Zdradza się drugą osobę fizycznie czy raczej psychicznie?Jak układa się życie ludzi, którzy odnaleźli się w gęstwinie codzienności? Jak zmienia się życie i wnętrze człowieka w jedną noc? Czy można zranić drugą osobę tylko dlatego, że pragnęło się przez chwilę zakazanego? 



"Zeszłej nocy" sprawia, że człowiek wchłania się w fotel. Czuje odrętwienie i mrowienie, Chce krzyczeć i milczeć równocześnie. Chce żyć i umrzeć. Chce poczuć i przez chwilę, choć jedną krótką chwilę przeżyć to co przeżyła Jo i Aleks. Oczywiście Micheal też miał swoje pięć minut, ale dla mnie to było zbyt banalne. Banalności tu jednak jest mało. Biję tu za to serce pełne  oryginalności i czułości w najlepszym wydaniu. 
Spragnieni emocji i powabności koneserzy kina proszeni są więc do komputerów, telewizorów czy innych odbiorników w celu zapoznania się z nietuzinkową opowieścią o ludzkich sercach.




Film: "Zeszłej nocy" 2010 reż Massy Tadjedyn

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Dar Juli" Tehereh Mafi


Julia pokonała długą drogę by dorosnąć. Brnęła w nieznane ze świadomością straty wszystkiego co kocha i z przerażeniem w sercu w chwili w której miała kogoś dotknąć. U jej boku dumnie stali przyjaciele. I dwóch mężczyzn, którzy nie tylko pragnęli jej, ale także nowego lepszego świata.
"- Przywróciłaś mi życie. - Milknie na chwilę. - Nie miałem pojęcia, że można czuć taki spokój. taką ulgę. I czasem boję się - mówi, spuszczając wzrok - że przestraszę cię swoją miłością."
"Dar Julii" rozpoczyna się w dziwnym momencie. Prawdę mówiąc miałam problem z odnalezieniem w głowie wydarzeń, które miały miejsce wcześniej. Brakowało mi odrobinkę przypomnienia w powieści ostatnich scen z poprzedniego tomu. Nie miałam możliwości sprawdzenia i momentami brnęłam jak ślepiec w otchłań książki.

Moja podróż po kartach "Daru Julii" była jednak bardzo udana. Po pierwsze autorka odeszła od utartego schematu wyboru drogi życia przez główną bohaterkę.  Julia w poprzednich częściach przypominała ciepłą kluchę, ale wydaję mi się, że tylko po to by w tej rozwinąć swoje skrzydła i stać się pełną odwagi i świadomości kobietą
."I niestraszny mi strach, nie pozwolę mu już sobą rządzić. To strach powinien się mnie bać." 
Po raz kolejny jednak okazało się, że nie wszystkim mężczyzną odpowiada taki stan rzeczy. Mafi w cudowny sposób pokazała dwa oblicza związku. W jednym pojawia się dominujący samiec alfa, który nie przyjmuje do wiadomości zmiany charakteru swojej ukochanej. Pragnie nadal nad nią dominować, bo w głębi duszy wierzy, że tylko w ten sposób zapewni jej bezpieczeństwo. W drugim zaś jest zupełnie odwrotnie. Zakochani wierzą w siebie nawzajem. Motywują się do działania, ale równocześnie się wspierają. Są ze sobą w każdej możliwej chwili... pomagają sobie w najtrudniejszych sytuacjach, ale równocześnie wiedzą, że sami nie zginą. 

Staram się nie napisać czegoś co mogło by zabrać wam cudowną satysfakcję i frajdę z czytania, ale musicie wiedzieć, że mówienie o "Darze Julii" bez spojlerowania jest niemożliwe. Autorka udowodniła, że nawet z takiej dość schematycznej i ogólnie dryfującej na pograniczu popularnych gatunków dla młodzieży książki, może stworzyć coś innego. Coś co nawet mnie zaskoczy. Zaskoczy naturalnie bardzo pozytywnie. 
"Masz w sobie tyle charyzmy co gnijące flaki zwierzaka rozjechanego na drodze."
W tej części po raz kolejny bohaterowie są świetni. Zarówno Julia i Adam mają w sobie iskrę. Kenji znowu czaruje swoim poczuciem humoru, ale stawkę zamyka tak najcudowniejszy i wspaniały Warner! Naprawdę z wypiekami na twarzy czytałam o tym chłopaku. Dlatego też z radością przyjęłam wiadomość, że wydawnictwo ma w planach wydanie książki, w której poznamy całą historię z punktu widzenia syna przywódcy kraju. Już nie mogę się doczekać! I strasznie się cieszę, że to jeszcze nie koniec. 

Książka:"Dar Juli" Teherej Mafi  wyd. Mondrive. 




niedziela, 10 sierpnia 2014

Dwa lata! :D



Gdzieś między pierwszym, a drugim oddechem powstało to miejsce. Wirowało i dryfowało na obrzeżach mojej głowy, by w końcu dać się porwać szalejącym falom wyobraźni. Nieskładnie powstawały pierwsze słowa, złożone z nieskończonej ilości tańczących liter. W oddali majaczyły się nowe myśli i pragnienia. By w ostateczności spłynąć na wirtualny papier waszej świadomości. 

Dokładnie czternastego lipca dwa tysiące dwunastego roku, w słoneczne popołudnie, pewna dziewczyna zasiadła niezgrabnie na progu swego domu, z laptopem w rękach i postanowiła skleić kilka słów o tym co kocha najbardziej o balsamie duszy i wyobraźni- książkach. 

I tak pokonując przeciwności zawistnego internetu stworzyła Szepty Wyobraźni. Miejsce, które stało się czymś na wzór pamiętnika, w którym może opowiedzieć o wszystkim co w jakiś sposób na nią wpływa, cieszy, smuci czy też inspiruję. 

Nieznośna jest dla mnie świadomość, że przegapiłam swoją drugą rocznicę. Oczywiście są winni, a raczej jeden najgorszy winowajca- komputer, ale z drugiej strony jest on moim najlepszym współtowarzyszem i nie mam serca się na niego gniewać. 

Zastanawiam się co mogę napisać. Czy dziękować wam wszystkim i każdemu z osobna, a może po prostu uśmiechnąć się smutno i czekać do następnego roku, by sączyć urodzinowego szampana na jakieś egzotycznej wyspie? 

Wiem, że za kilka dni pojawi się KONKURS, ale muszę jeszcze dopracować szczegóły. Bądźcie czujni i cóż... wielkie, przeogromne podziękowania za to, że nadal tutaj wpadacie, chociaż mnie już jest tutaj co raz mniej.  


czwartek, 7 sierpnia 2014

English matters- wydanie specjalne


Zabawne jak bardzo różni się potoczna mowa od tej oficjalnej, urzędowej. Nie mam co prawda zbyt dużego doświadczenia ze slangiem angielskim, ale za to doskonale wiem jak trudno jest się porozumieć z Niemcem, który mówi dziwnym językiem. Teoretycznie brzmi jak niemiecki, ale praktycznie już niekoniecznie.
Właśnie temu zagadnieniu poświęconej jest nowe wydanie English Matters. Już sama okładka sprawiła, że miałam wielką ochotę zagłębić się w lekturze. W środku mówiąc szczerze było jeszcze lepiej. Mam wrażenie, że jest to najlepsze wydanie czasopisma, które miałam okazję czytać. 


 W środku wiele artykułów, które poszerzają horyzonty. Zdecydowanie to wydanie czasopisma dostarcza czegoś więcej a niżeli tylko nowych słówek, które powinniśmy w szybkim tempie przyswoić. Z wypiekami na twarzy czytałam artykuł o ludziach, którzy mieli wpływ na obecny język angielski. Zadziwiające jest jak wielki wpływ na mowę ma historia i z pozoru nic nie znaczący ludzie. 



Kolejnym ciekawym tematem był temat slangu .. a raczej słów, które użyte w nieodpowiedniej chwili czy kontekście mogą znaczyć zupełnie coś innego. Czasami niepozorne przekręcenie słowa albo nawet świadome jego użycie może doprowadzić do łez nie jednego człowieka. Ciekawym zagadnieniem jest "feck off, jak mi powiedział kuzyn.. to takie "tradycyjne powitanie niektórych ludzi " :D 



Po takiej dawce wiedzy brnęłam dalej w świat magazynu i czytałam więcej i więcej. Nie mogłam przestać. Artykuł o literaturze czy wiadomościach tekstowych wciągał bez reszty. 

Przyznam szczerze, że nie zdawałam sobie sprawy, że mogę dowiedzieć się tylu ciekawych rzeczy. Uczę się angielskiego od prawie 10 lat i nigdy wcześniej nikt nie przekazał mi tak wielu informacji o potocznym, slangowym wręcz języku. Brawo! Wielkie brawa dla twórców. Ja mam tylko nadzieję, że kolejne wydania English matters będą utrzymane na tak wysokim poziomie. 

Za wszytkie czasopisma dziękuję wydawnictwu : 

wtorek, 5 sierpnia 2014

"Rezydencja" Krzysztof Bielecki



Są czasami książki o których nie potrafię się wypowiedzieć. Z jednej strony lektura ich jest przyjemnością, ale z drugiej strony ma w sobie wiele wad. Podobne odczucie towarzyszyło . mi podczas czytania"Rezydencji" Krzysztofa Bieleckiego. 

Nie było to moje pierwsze spotkanie z autorem. Trzeba zdecydowanie zauważyć, że ma on swój własny styl, przed którym ostrzega notka z tyłu książki: 
"Cokolwiek wydarzy się w tej ksiażce, jednego możesz być pewien: podcza pisania- wbrew pozorom-nie wykorzustywano żadnych substancji psychoaktywnych"
Cieżka sprawa, naprawdę. Nie wiem co mogę napisać. Zdecydowaną zaletą powieści jest jej objętość i bardzo ciekawe wydanie. Przeczytałam ją w ciągu kilku godzin, co nie jest raczej codziennością. O czym ona właściwie jest?- pewnie zadajecie sobie takie pytanie. 

Tutaj pojawią się schody, bo w ogólnym rozrachunku ja sama mam problem z określeniem głównego sensu i wątku "Rezydencji". To w pierwszej kolejności opowieść o człowieku, który spotyka Nieznajomego, pragnącego zmienić swoje życie. W kolejności przeplatają się ze sobą jeszcze inne wątki, które tworzą trzon powieści. Momentami jednak się gubiłam w całej fabule i rzeczywiście się zastanawiałam "co autor brał" :)

Chciałabym jeszcze napisać coś sensownego, ale nie potrafię. "Rezydencja" jest specyficzna, podobnie jak poprzednia książka Krzysztofa Bieleckiego. Nie jest to całkiem mój styl, ale równocześnie tak strasznie nie odbiega od tego co czytam i co lubię. Czuję w środku jakąś taką dziwną blokadę, przez którą nie potrafię jasno wyrazić swojej oceny.

Czy polecam "Rezydencję"? Raczej tak. Nie jest co prawda powieścią, która na zawsze zostaje w pamięci, ale jest książką, historią, która nie męczy. Po prostu się ją czyta. Jest ona taką poprawnością wśród powieści, zakrapiąną lekkością słowa i oryginalnością. 

Książka: "Rezydencja" Krzysztof Bielecki, Warszawa 2014 str. 153 

sobota, 2 sierpnia 2014

"Mechaniczny anioł" Cassandra Clare


Ale dziwna sprawa. Parę dni temu dodałam Stos, a w notce napisałam, że przeczytałam wszystkie książki z poprzedniej "sterty" i rzeczywiście tak jest, ale nie o wszystkich napisałam. 
"Zawsze trzeba być ostrożnym z książkami i z tym, co w nich jest, bo słowa mają moc zmieniania ludzi."
Sama nie wiem jak to możliwe, że zapomniałam o "Mechanicznym aniele"? Może to sprawka jakiejś dziwnej istoty, która chowa się w cieniu i zabiera mi pamięć? A może to wina emocji,albo raczej ich braku jakie odczuwałam po zakończonej lekturze? 

To nie było moje pierwsze spotkanie z tą powieścią. Czytałam ją już dość dawno temu i prawdę powiedziawszy nie zrobiła na mnie wrażenia. Po świetnym cyklu "Dary Anioła" spodziewałam się czegoś o niebo lepszego. 

"-Lubię kaczki - wtrącił dyplomatycznie Jem. - Zwłaszcza te z Hyde Parku. - Zerknął z ukosa na przyjaciela. Obaj siedzieli na brzegu wysokiego stołu, z nogami zwieszonymi nad podłogą. - Pamiętasz, jak próbowałeś kiedyś mnie namówić, żebym rzucił im piróg nadziewany mięsem, bo chciałeś sprawdzić, czy uda się wyhodować rasę kaczek kanibali?
-I zjadły go - przypomniał Will. - Krwiożercze małe bestie. Nigdy nie ufaj kaczkom."

Czułam jednak w kościach, że powinnam dać całej serii kolejną szanę. Dałam i wiecie co? Wcale nie odebrałam powieści inaczej. Nie wiem od czego to zależy. Nie rozumiem zbytnio dlaczego ta opowieść o Nocnych Łowcach do mnie nie przemawia. Nawet Magnus jest w niej jakiś taki niewyraźny. 

Powinnam teraz posłużyć się jakimiś racjonalnymi argumentami, ale ich nie mam. Ostatnio po prostu często mam tak, że coś mi się nie podoba.. bez powodu, po prostu. Tak jest z "Mechanicznym aniołem". Nie poczułam klimatu dawnego Londynu. Na każdym kroku szukałam podobieństw Willa do Jace'a, a Tessy do Clary. Ku mojemu roczarowaniu prawie ich nie znalazłam. Wiem, że nie powinam spoglądać na ten cykl przez pryzmat "Darów Anioła", ale inaczej nie potrafię. Clare zdobyła moje serce już dawno, ale w tej książce nie dałam się przekonać. 

"Czasami jest dużo sensu w nonsensie, jeśli zechce się go poszukać."

Czegoś mi brakowało. Brakowało przede wszystkim akcji i rozpędu jaki był w innych książach. Traktowanie tych dwóch serii odzielnie w moim przypadku jest niemożliwe. Są swego rodzaju całością, a Piekielne maszyny jak na razie przegrywają, ba nawet nie dorastają opowieści o Clary do pięt! 

Dałam drugą szansę "Mechanicznemu aniołowi". Teraz żałuję, bo utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że kolejna opowieść o Łowcach jest dla mnie bezsensowna. Nie ratuję jej też przeniesienie do dawnych czasów i do Londynu. Zawiodłam się na całej linii i sama nie wiem czy chcę czytać kolejne części. 

Książka: "Mechaniczny anioł" Cassandra Clare wyd. Mag

piątek, 1 sierpnia 2014

Pamiętam każdego dnia o tych którzy walczyli za świat w którym teraz żyję... po prostu.

              

Krzysztof Kamil Baczyński "Elegia o... (chłopcu polskim)"

Oddzielili cie, syneczku, od snów, co jak motyl drżą, 
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg, 
wyszywali wisielcami drzew płynące morze. 
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć, 
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami. 
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, 
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg. 
I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, 
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło. 
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło? 
20. III. 1944 r.


                                                       Krzysztof Kamil Baczyński 
                                                "Z głową na  karabinie"

  Nocą słyszę, jak coraz bliżej
drżąc i grając krąg się zaciska.
A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,
wyhuśtała mnie chmur kołyska.
A mnie przecież wody szerokie
na dźwigarach swych niosły ptaki
bzu dzikiego; bujne obłoki
były dla mnie jak uśmiech matki.
Krąg powolny dzień czy noc krąży,
ostrzem świszcząc tnie już przy ustach,
a mnie przecież tak jak innym
ziemia rosła tęga - nie pusta.
I mnie przecież jak dymu laska
wytryskała gołębia młodość;
teraz na dnie śmierci wyrastam
ja - syn dziki mego narodu.
Krąg jak nożem z wolna rozcina,
przetnie światło, zanim dzień minie,
a ja prześpię czas wielkiej rzeźby
z głową ciężką na karabinie.
Obskoczony przez zdarzeń zamęt,
kręgiem ostrym rozdarty na pół,
głowę rzucę pod wiatr jak granat,
piersi zgniecie czas czarną łapą;
bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga - gdy śmiercią niosło.
Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością.

4.12.1943 



Tadeusz Gajcy "Śpiew murów"

Nocą, gdy miasto odpłynie w sen trzeci, 
a niebo czarną przewiąże się chmurą, 
wstań bezszelestnie, jak czynią to dzieci, 
i konchę ucha t a k przyłóż do murów. 

Zaledwie westchniesz, a już cię doleci 
z samego dołu pięter klawiaturą 
w szumach i szmerach skłębionej zamieci 
minionych istnień bolesny głos chóru. 

"Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz 
pniemy się nocą na dachy i sen, 
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz, 
nucąc wrześniami żałobny nasz tren." 

- Biegłam rankiem po chleb do piekarni 
(a chleba dotąd czekają tam w domu), 
a ja leżę z koszykiem bezradnie, 
tuż za rogiem, nie znana nikomu... 

- Właśnie ręką chwytałem za granat, 
żeby czołgi przywitać nim celnie, 
ziemia była spękana, zorana - 
nagle świat mi się zaćmił śmiertelnie... 

- Myśmy obie wyniosły na noszach, 
jeszcze kocem okryły mu nogi, 
bo krzyczeli dokoła, że pożar... 
Ja na świstku pisałam: "Mój drogi..." 

"Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen, 
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz, 
nucąc wrześniami żałobny nasz tren." 

Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie, 
nim brzask poranny uciszy je w niebie 
i nowe miasto w napiętej cięciwie 
dni tryumfalnych na nowo pogrzebie. 

Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie 
ocalon został w tragicznej potrzebie, 
byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej 
i żył za tamtych i za siebie lepiej. 

Jak nie kochać strzaskanych tych murów, 
tego miasta, co nocą odpływa, 
kiedy obie z greckiego marmuru - 
i umarła Warszawa, i żywa.



Różewicz Tadeusz "Ocalony"

Mam dwadzieścia cztery lata 
ocalałem 
prowadzony na rzeź. 

To są nazwy puste i jednoznaczne: 
człowiek i zwierzę 
miłość i nienawiść 
wróg i przyjaciel 
ciemność i światło. 

Człowieka tak się zabija jak zwierzę 
widziałem: 
furgony porąbanych ludzi 
którzy nie zostaną zbawieni. 

Pojęcia są tylko wyrazami: 
cnota i występek 
prawda i kłamstwo 
piękno i brzydota 
męstwo i tchórzostwo. 

Jednako waży cnota i występek 
widziałem: 
człowieka który był jeden 
występny i cnotliwy. 

Szukam nauczyciela i mistrza 
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę 
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia 
niech oddzieli światło od ciemności. 

Mam dwadzieścia cztery lata 
ocalałem 
prowadzony na rzeź.