sobota, 27 września 2014

Melancholijna rzeczywistość



Chciałam 
Bardzo wielu rzeczy
Chciałam 
I dostałam
Ostrożnie z marzeniami
Mówili
Nie słuchałam. 

Deszcz uderza niezgrabnie o szybę. Znowu zapaćka mi okno. Nawet nie mam siły się na niego gniewać. Już tak dostaje odłamkami ludzkiego smutku, bo najlepiej powiedzieć, że to jego wina. Rzeczywiście deszcz ma przechlapane...podobnie zresztą jak jesień i może też zima. Chociaż właściwie lato z upałami też nie jest wychwalane. Ludzie to takie dziwne istoty...

Dzisiaj powinnam się cieszyć. Skakać jak niewinne małe dziecko i krzyczeć, że w końcu dopięłam swego i moje marzenia się spełniają. Zamiast tego siedzę w chusteczkami i wydmuchuje nos. Spokojnie nie płaczę...prawie nigdy nie ronię łez. To ten paskudny katar. Katar też ma ciężkie życie. Właściwie można go uznać za zło wcielone. 



Ciężko mi się uśmiechać. Nawet gdy ktoś podaje mi kawałek tortu. Lubię urodziny. Nie mam nic przeciwko wszechograniającemu mnie zadowoleniu, ale później nadchodzi paraliżujący strach. Życie po dzisiejszych kęsie się zmieni. Nawet nie chcę o tym myśleć. Sama chciałam... jakoś tak teraz mam ochotę schować się mysiej norze i przeczekać. Nie wiem czy jesień czy już całe życie. 

Melancholia to takie śmieszne uczucie. Szczypta smutku i wspomnień, radości i gniewu. Kto zdefiniuje melancholię zrozumie jak czuje się winna całemu złu jesień, bo przecież to jej wina? A może to jednak wina ludzi... 

Nie wiem...


czwartek, 25 września 2014

"Złodziejka książek" Marcus Zusak


Pogoda nas nie rozpieszcza. Co prawda spędziłam kilka uroczych dni w otoczeniu kolorowych liści i pięknego jesiennego słońca, ale później nadszedł deszcz i grypa. Oczywiście nie mogło się obejść bez tej paskudnej, wkradającej się co roku do mojego organizmu "cholery". Wybaczcie wulgaryzmy, ale za każdym razem gdy mnie odwiedza ta nieciekawa koleżanka trafia mnie...szlak. Oczywiście bezkarnie poplątała wszystkie moje plany. Nie mówię nawet o tych blogowych, ale też życiowych. Tak z zasmarkanym nosem latam między półkami i niezgrabnie się pakuję. Nie mając nawet siły i ochoty dotykać komputera. Ponoć przygoda życia nadchodzi... może podobne odczucia miała Liesel gdy podróżowała z mamą? 
"Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie."
Nie wiem. Powinnam zasunąć sobie patelnią, że jestem w stanie porównywać jakieś swoje błahe odczucia do życia tej sympatyczne, lecz doświadczonej dziewczynki. Długo zwlekałam z lekturą "Złodziejki książki". Prawdę mówiąc nie wiem nawet dlaczego. Dobrze nawet nie wiedziałam czego się spodziewać. Naprawdę cała ta historia bardzo mnie zaskoczyła. 

Gdzieś tam między jedną a drugą herbatą czytałam o autorze, który narratorem swojej opowieści uczynił Śmierć i właściwie o śmierci i kresie będzie pisał. Właściwie o czym tu pisać gdy porusza się temat wojny i Holocaustu. Powinnam się więc psychicznie przygotować na opowieść jaką dostałam. Jak zwykle nie byłam. 

Liesel jest małą dziewczynką gdy w czasie podróży umiera jej brat. Po raz pierwszy spotyka się ona z tym osobliwym zjawiskiem, ale tak naprawdę do końca życia nie zmyje z siebie obrazu martwego dziecka. Dzięki niemu, a może przez niego zbliży się z czasem do Papy, mężczyzny, który wraz z żoną adoptują Złodziejkę Książek, która przybędzie do ich domu z nowym nabytkiem-książką. 
"Drobna uwaga. Na pewno umrzecie."
Początek może niezbyt porywający, chociaż narrator sam w sobie jest uroczy. Nie wiem czy wypada napisać, że Śmierć jest urocza? Ale jak dla mnie to właśnie on gra główne skrzydła całej opowieści. To on wprowadza nas do hitlerowskich Niemiec. Do świata ogarniętego wojną...do małego miasteczka, które istnieje początkowo nawet nie odczuwając oddechu wojny na własnych plecach. 

Z czasem to się zmienia. Widzimy walkę ludzi o każdy kawałek chleba, biedę i rozpacz rodziny gdy najbliżsi są powoływani do wojska. Najbardziej jednak boli opowieść o Żydach. O paradach ludności, która po prostu została skazana przez jednego człowieka, a może nie jednego człowieka, bo przecież tak naprawdę za Hitlerem poszedł cały naród. Nie chcę tutaj rozpatrywać zła i dobra ludzi. To nie czas i miejsce, ale czytając "Złodziejkę książek" nie da się zapomnieć o całym cierpieniu i niesprawiedliwości. 
\"Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: "Zrób to, zrób to". Więc pracujesz coraz ciężej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy ci nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków."
Powieść Zusaka to osobliwa rzecz. Nie czytałam jeszcze czegoś podobnego. Fikcja pięknie łączy się z prawdą i prozą życia. Nie męczy nie nuży... może czasami przytłacza, ale kogo nie przytłacza wojna i śmierć tylu tysięcy ludzi? 

Książka:"Złodziejka książek" Marcus Zusak wyd. Nasza Księgarnia  2008 str.495

środa, 17 września 2014

Ulubione hobby





Kolejny dzień wyzwania. Wpadajcie i podziwiajcie blog Ulii
Dzisiaj będzie krótko i tylko jedne zdjęcie. Nie wiem czy czytając tytuł posta mieliście jakieś wątpliwości. Zastanawialiście się chociaż przez chwilkę jakie jest moje ulubione hobby? Mam wielką nadzieję, że nie....

Dowodem na tą wielką i bezgraniczną miłość jest właśnie to miejsce. Miejsce, w którym możecie przeczytać o każdej książce, która miała dla mnie jakieś znaczenie lub chociaż znalazła się w zasięgu mojego wzroku. 

Wiem, że przez to całe wyzwanie troszeczkę zaniedbałam recenzję, ale wiecie przecież, że najnowsza opina już jest "Ołówek"- czytajcie i komentujcie równie ochoczo jak posty związane z wyzwaniem. 


wtorek, 16 września 2014

Dziesięć rzeczy, o których nikt o mnie nie wie




Dzisiaj dalszy ciąg wspaniałego, bardzo kreatywnego i zmuszającego mnie do myślenia wyzwania. Naprawdę wielkie dzięki Ulu! Niezorientowanych zapraszam na blog Sen Mai

Długo się zastanawiałam co mogę napisać. Prawdę mówiąc jestem jak wielka, otwarta i gadatliwa księga, z której można czytać bez żadnego ale. Naprawdę nie mam tajemnic. Nie potrafiłam nawet wymyślić dziesięciu rzeczy. Postanowiłam, że podzielę się z wami rzeczami, o których mało kto wie, bo mogę wam zagwarantować, że są na tym globie istoty, które i to gdzieś mają ukryte na dnie swoich umysłów, chociaż pewnie nawet nie zdają sobie z tego sprawy. 

1.Nienawidzę natki pietruszki. Nie ważne gdzie i w jakiej postaci. Wyczuję jej zapach wszędzie. Chociaż paradoksalnie uwielbiam jeść korzeń...

2. Czasami starsi ludzie wywołują u mnie dziwne uczucia. Coś na podobieństwo ... wybaczcie nie wiem jak to określić. 


3. Od dawna zajmuję się fotografią, chociaż tak naprawdę nie lubię gromadzić zdjęć. Nie mam pamiętnika. Nie lubię wspomnień. Może to zabrzmi dziwnie, ale zawsze mnie przygnębiają. Nawet te najlepsze.

4. Od czasów podstawówki piszę książki i opowiadania. Żadnej powieści jeszcze nie skończyłam. 

5. Mam sześć słodkich kotów, które zawsze poprawiają mi humor. 


6. Nie znoszę horrorów, chociaż czasami pod przymusem i namową oglądam.

7. Uwielbiam słodycze, chipsy i chyba jestem uzależniona od frytek i zielonej herbaty

8. Nie potrafię śpiewać i bardzo się wstydzę gdy muszę to robić. Nawet dla żartów i zabawy. 

9. Kocham samotność. Uczucie jedności z sobą samą. Ciche wieczory podczas których najlepiej mi się myśli. 

10. Zabrzmi to dziwnie, ale ostatnie miejsce to po prostu stwierdzenie... i przyznanie się do tego, że mam bloga. Naprawdę jest bardzo mało osób "w realnym życiu", którzy o nim wiedzą. 


Macie taką listę dziesięciu rzeczy, a może podobnie jak u mnie wszczyscy wszystko o was wiedzą? 

Ps, Oczywiście blog nadal pozostaje blogiem o książkach i filmach. Od rana możecie przeczytać recenzję "Ołówka" Katarzyny Rosickiej-Jaczyńskiej.Więc nie martwcie się. Szepty Wyobraźni nadal są o książkach...przede wszystkim :D 

*obrazki pochodzą z google lub weheartit


"Ołówek" Katarzyna Rosicka-Jaczyńska



Nie przepadam za takimi książkami. Prawdę mówiąc nawet ich nie czytam. Nie lubię zagłębiać się w dramaty i codzienność ludzi. Często moje własne życie mnie dołuje. Książka powinna dostarczać rozrywki, powinna przenosić mnie do innego wymiaru. 

Czasami jednak mam ochotę, albo po prostu bez żadnych powodów czytam coś co zaprzecza całej mojej teorii. Zazwyczaj okazuje się to błędem. 

I tak było tym razem. Wiem, że "Ołówek" to prawdziwa opowieść. Katarzyna Rosicka-Jaczyńska w tej niewielkich rozmiarów powieści zawarła opowieść o swoim życiu. Można by było uznać, że to swego rodzaju pamiętnik, ale ja się raczej nie skłonie do takiego porównania. Pamiętniki dla mnie są jakieś inne. Widzicie absurdalność? Nawet nie potrafię dobrze sformułować myśli. 

W swojej historii autorka poświęca wiele miejsca Bogu i nie mam jej tego za złe. Przecież On zawsze jest obecny. Podobnie jak rodzina i przyjaciele, którzy w pewnym momencie nie wiedzą z kim mają do czynienia. Sprawna, pełna życia kobieta nagle choruje. Okazuje się, że jest nieuleczalnie chora. Co teraz? Co z jej życiem? Co z ich życiem?

"Jeśli tak kochasz Boga, jak mówisz, jeżeli tak Mu ufasz i tak w Niego wierzysz, nie stawiaj żadnych warunków, nie proś Go już więcej. Przecież nie jest głuchy i na pewno cię słyszy. [...]Poddaj się Jego woli, bo tylko On wie, co jest dla ciebie najlepsze, zaufaj Mu bez zastrzeżeń, zaufaj. "

"Ołówek" to próba odnalezienia drogi. Próba pokazania odpowiedzi na te banalne, ale równocześnie strasznie ciężkie pytania. Nie mi oceniać, czy powieść jest dobra, czy nie. Dlaczego? A dlatego, że to prawdziwa opowieść o ludzkim życiu i najzwyczajniej w świecie nie jestem od oceniania. Mogę tylko powiedzieć, że źle mi się ją czytało. Może przez temat,a może przez brak "łączności' i tego czegoś od autorki. Niestety nie porwała mnie swoją opowieścią, ale to nie powód, żebyście nie poznali tej opowieści. Opowieści o chorobie, o życiu i niesprawiedliwości. Chociaż właściwie te trzy słowa to pojęcia względne. Tak naprawdę czym one są? 

Książka: "Ołówek" Katarzyna Rosicka-Jaczyńska wyd. Poligraf Łódź 2011


poniedziałek, 15 września 2014

Moje miejsce pracy blogowej



Od dawna obserwuję blog Sen Mai. Nie jest to prawda miejsca, które ściśle się wiąże z Szeptami Wyobraźni i tematyką o jakiej piszę, ale sami wiecie, że często mnie ciągnie do czegoś innego. Tak też dałam się skusić na Wyzwanie blogowe. Dzisiaj nadszedł dzień pierwszy, w którym mamy coś napisać o swoim miejscu pracy blogowej i kreatywnej. Zrezygnowałam z kreatywnej, ponieważ jestem totalną nogą w sprawach artystycznych, a pisanie książek czy też inne nieznaczne próby pisarskie odbywają się w tym samym miejscu, w którym tworzę posty. 

A więc jakie jest to moje miejsce? Normalne można by powiedzieć. Nie ma tutaj  nic specjalnego. Jest biurko, na nim laptop, a nad wszystkim górują półki z książkami. Właśnie tutaj powstają wszystkie niezgrabne wpisy, jakie czytacie. Tak jak się domyślacie to ten bałagan po prawej stronie. Marzy mi się takie własne "biuro" urządzone z klasą i smakiem, ale przecież przy moim roztrzepaniu to mało prawdopodobne. 


Doskonale jednak wiecie, że nie samym blogiem mol książkowy żyje prawda? Gdzie czytam pewnie się zastanawiacie. Zazwyczaj w fotelu. Często też w łóżku, ale gdy tylko pogoda na to pozwala wyciągam się na werandzie lub tarasie. Lubię też zapach trawy i wierzby, pod którą czasami udaje mi się usiąść i sączyć słodki sok. 

Ponoć można pracować i tworzyć wszędzie. Najważniejsze to mieć wenę i coś o czym warto pisać, mówić czy tworzyć. Nie wiem czy się z tym zgadzam. Często brakuje mi powietrza, upajam się  się otaczającym mnie światem i w kawiarni nie potrafię skleić myśli. Może jednak sklejam, ale są zbyt kosmate i niezgrabne by o nich pisać. 

Najlepszym miejscem do tworzenia jest dom. Mój azyl i spokój. Obawiam się tylko gdzie się odnajdę za kilka tygodni. Czy w nowym domu...a raczej mieszkaniu znajdę swoje miejsce? Miejsce, w którym poczuję się równie bezpiecznie jak w ogromnym fioletowym pokoju? Któż to może wiedzieć...

A wy gdzie tworzycie? Albo może od razu gdzie czytacie?! :D 

niedziela, 14 września 2014

Jesienną porą ludzie wiersze piszą


Jak co roku jesień nieśpiesznie i nieśmiało zagląda do naszych okien. Czym właściwie jesteś? Mam ochotę się jej zapytać. Ciekawe czy by opowiedziała. Czy ma w sobie odrobinę żalu? Żalu za złe traktowanie i narzekanie ludzi, że w końcu nadeszła? A może po prostu "uzbroiła się w apatię"*. 
Wydaję mi się jednak, że ulubiona pora Dekadentów ma w sobie odrobinę melancholii. Zawsze ktoś musi ją w sobie mieć, bo przecież świat to nie tylko radosne lato, czy biała zima. Świat jest pełen odcieni, odcieni życia i namiętności. Nawet taka jesień ma swój urok. Zarówno w szarości jak i w kolorze. 


Wbrew pozorom i ona napaja mnie dziwną mocą. Z jednej strony marzy mi się o spędzaniu tygodni zakopaną w kocu, z książką i czekoladą w dłoniach, ale z drugiej krzyczy i mówi "Zmień coś"! 
Zaczęłam od bloga. Nie jest jeszcze idealnie, ale tak mi się podoba. Przez pięć dni posty będą przeplatane wyzwaniem, którego się podjęłam. Jeśli jeszcze nie wiecie zapraszam. Baner w kolumnie bocznej. 

Tymczasem zostawiam was ze Staffem i jego obrazem jesieni. 

JESIEŃ - LEOPOLD STAFF
Jesień mnie cieniem zwiędłych drzew dotyka,
Słońce rozpływa się gasnącym złotem.
Pierścień dni moich z wolna się zamyka,
Czas mnie otoczył zwartym żywopłotem.

Ledwo ponad mogę sięgnąć okiem
Na pola szarym cichnące milczeniem.
Serce uśmierza się tętnem głębokim.
Czemu nachodzisz mnie, wiosno, wspomnieniem?

Tak wiele ważnych spraw mam do zachodu,
Zanim z mym cieniem zostaniemy sami.
Czemu mi rzucasz kamień do ogrodu
I mącisz moją rozmowę z ptakami? 

*uzbroić się w apatię-słowa z Trenów Kochanowskiego 

piątek, 12 września 2014

"Dziewczyna na Times Square" Paulina Simons


Najbardziej boję się długich jesiennych wieczorów, przygnębiających ciszą dni, które płyną leniwie w otchłań zapomnienia. Może staję się odrobinę melodramatyczna, ale szara polska pogoda wyzwala we mnie wszystkie demony. Zazwyczaj na dokładkę serwuję sobie książki, których nie powinnam czytać. Tak po prostu wpadam więc w czarną dziurę niczym mała Alicja do króliczej norki, z tą różnią, że ona z niej wychodzi, a ja nie bardzo.
"Posłuchaj jak brzmią twoje dwa pytania. Starożytni Egipcjanie zadawali je sobie, by określić, jakie życie czeka ich po śmierci. - Po śmierci? - Pierwsze z nich brzmiało: "Czy dawałeś radość?". A drugie: "Czy znalazłeś radość w życiu?".
Do czego zmierzam tym jakże przygnębiającym początkiem? A no do powieści Paulliny Simons, którą wczoraj skończyłam i jedyne co mam ochotę po niej zrobić to zakopać się w kocu z ciepłą herbatą i nigdy nie wychodzić. 

"Dziewczyna na Times Square" wpadła do mnie przypadkiem. Czasami tak jest, że los pragnie czegoś bardziej niż my sami. Podobnie było ze mną i z tą dziwną powieścią, o której nawet nie słyszałam. Chociaż nie. Śmignęła mi kiedyś w jakimś sklepie, ale nie zwróciłam na nią większej uwagi. Chyba wiem dlaczego. 
"Gdzie jest ten pokój płaczu, proszę księdza? -Nosisz go ze sobą, moje dziecko. Pytanie brzmi, czy z niego wychodzimy, czy zostajemy tam na zawsze? I kogo wciągamy ze sobą?"
Właściwie trudno stwierdzić do jakiego gatunku można zaliczyć książkę autorki. Ma w sobie wiele elementów dramatycznych, zahacza też o lekką obyczajówkę, by w ostateczności kusić wątkiem kryminalnym. "Dziewczyna na Times Square" to taki misz masz literacki, który sama nie wiem jak wypadł. 

Początkowo dałam się porwać opowieści o młodej dziewczynie- Lily. Malarka z duszą rozbieganą na wszystkie strony świata straciła miłość swojego życia, nie stać ją na nic (standard w tak młodym wieku), a dodatkowo po powrocie z rodzinnego domu okazuję się, że jej współlokatorka zaginęła. Banalne? Ależ skąd. Strasznie mnie to zaciekawiło. Dodatkowo autorka ma lekkie pióro. Szybko udało się jej wciągnąć mnie w wartką akcję. 
"Musiał podjąć decyzję, co zrobić z Lily Quinn. Dokonać wyboru. Mieć ją albo sprawiedliwość. Ją albo w żyłach whisky zamiast krwi. Dziś w nocy wybrał whisky. Co za ulga. Nie musi myśleć o niej, nie musi rozmawiać, nie musi czuć."
Później jednak kryminał, a raczej zalążek kryminału zmienia się w dramatyczną walkę o życie. Główna bohaterka ma raka. I kurcze.. ja sama nie wiem dlaczego, ale męczą mnie te wszystkie opowieści o chorobach. Nie potrafiłam jej nawet współczuć. Męczyłam się do czasu, aż do akcji wkracza sympatyczny pan detektyw, z wielką tajemnicą u swoich stóp. 

I tak gdzieś po drodze kryminał zmienia się w obyczajówkę, a po chwili w dramat. I tak wkoło Macieja. Raz to...raz tamto. Plusem powieści jest przede wszystkim jej język, ale czasami język i początkowo porywająca historia to za mało. Z czasem "Dziewczyna na Times Square" zaczyna męczyć. Pojawiały się nad nią ciężkie gradowe chmury, które z całych sił chciały wyssać ze mnie dobrą energię, niczym Dementorzy z Harry'ego. I tak w ostatecznym rozrachunku nie polubiłam się z książką Simons, chociaż nie twierdzę, że była zła. 

"Rzeczywistość: coś, co istnieje naprawdę i czym trzeba się zająć w prawdziwym życiu.Iluzja: coś, co oszukuje nasze zmysły, łudząc nas, że istnieje, gdy wcale tak nie jest lub pozornie wygląda na jedno, choć w rzeczywistości jest czymś zupełnie innym.
Cud: wydarzanie, które zaprzecza prawom natury."
Może po prostu aura i humor mają wpływ na odbiór powieści, sama nie wiem. Nie pozostaje mi nic innego jak dać wam wolną wolę. Wiecie o czym jest książka, wiecie jakie emocje we mnie wywołała, nie umiem tylko określić ich źródła. Czy polecam? Raczej tak, bo w ogólnym rozrachunku nie jest to zła historia. Wielowątkowość jest przedziwna, ale może co cały urok tej odnalezionej gdzieś na półce powieści, o której nawet Pani Bibliotekarka zapomniała. Może z tej wdzięczności, chciała zostać przeze mnie zapamiętana. Czy się udało? Dam znać za kilka lat. 

Książka: "Dziewczyna na Times Square" Paulina Simons wyd. Świat Książki 2004. str. 480

środa, 10 września 2014

Czasopisma Corful Media


Prawdopodobnie wolne dni sprzyjają czytaniu, a zwłaszcza deszczowe wolne dni. Mam ochotę napisać "gówno prawda", ale przecież nie wypada. Więc tak.. nie jest. Mam wolne, w końcu wymarzone wakacje. Dziwnie mieć wakacje we wrześniu, ale cóż. Przywilej studentów. Jak to brzmi. Studentka... ale tak pełną gębą. Obecnie zajmuję się przeprowadzką i dopinaniem wszystkiego na ostatni guziczek. Wyprowadzam się co prawda tylko 200 km od domu, ale tak to zawsze spore wyzwanie. Ostatnio nieudolnie staram się czytać książki. Zaczęłam trzy. Żadnej jakoś nie mogę dokończyć. Czas za to umilały mi ostatnio trzy nowe czasopisma od Corful Media. 


Co tym razem przygotowali dla nas autorzy czasopism? Muszę przyznać, że byłam lekko rozczarowana. Na siłę starałam się w każdym znaleźć jakiś ciekawy artykuł. I tak w English Matters, z którego spogląda na nas bardzo pozytywna pani, przeczytałam o Jane Austen. Chociaż właściwie artykuł mnie nie porwał. Nie dowiedziałam się o autorce właściwie niczego nowego, a ekspertka od twórczości tej wspaniałej kobiety, wcale nie miała większych informacji o niej niż ja sama posiadam. Troszeczkę się zawiodłam, bo gdy tylko ujrzałam nagłówek na okładce "Jane Austen. Interview with an Expert" przeżuciłam kartki i chciałam czytać, czytać i czytać...wiecie jak to się skończyło. 


Ogromnym rozczarowaniem okazał się też Deutsch aktuell. Pierwszy raz od kiedy mam przyjemność czytania tych gazet nie miałam co z nią zrobić. Tradycyjne teksty o książkach, filmach i muzyce wiały nudą. Nie zainteresowałam się wschodzącą młodą niemiecką gwiazdeczką.Inne teksty też mnie zawiodły i momentami były zbyt zagmatwane by je zrozumieć. Szkoda. Wielka szkoda. Chociaż znalazłabym jeden plus. Cykl artykułów Reise zawsze ratuje całe pismo. A może po prostu ja lubię czytać o podróżach? Któż to może wiedzieć? 



W modowym, specjalnym wydaniu English matters znalazłam kilka ciekawych rzeczy. Miło było poczytać o Milanie,Vuitton'ie, Anji Rubik i ogólnie pojętej modzie. Moją uwagę przykuł jednak najbardziej tekst o Modowych blogach. Już od dawna wiele z nich przeglądam, może nawet kiedyś napiszę o nich kilka słów. W artykule autorka wspomina o Fifi Lapin, Facehunter, Style Bubble, Jemerced, Maffashion, gdzie ja osobiście znałam tylko te dwa ostatnie (ogólnie kto ich nie zna?). 
Gdyby nie to wydanie specjalne byłabym strasznie wkurzona, że zmarnowałam swój czas na czytanie czegoś co mnie nawet nie zainteresowało. Mam tylko nadzieję, że to wypadek przy pracy i kolejne numery będą tak dobre jak były. 


Za czasopisma dziękuję 

*Ps. Przepraszam za niedopracowane zdjęcia i ewentualne błędy w tekście, ale nie mam sił już siedzieć nad tym postem. Czasami zdarzają się takie dziwne rzeczy na blogerze, że nie panuję nad tym. A jak się już wkurzę to nic mi nie wychodzi.

środa, 3 września 2014

Romantyczna pigułka na zły humor cz. II

Nie ukrywajmy, że każdy z nas potrzebuję czasami ciepła. Najzwyczajniej w świecie pragniemy poczuć się przez chwilę lepiej niż w rzeczywistości. Są różne sposoby na poprawę humoru. Według mnie każdy jest równie skuteczny. Dla mnie zawsze najlepszym jest aktywność fizyczna, ale czasami nie ma się ochoty na życie, a co dopiero na ruszenie tyłka z kanapy. Wtedy z odsieczą przychodzą filmy, w których miłość gra pierwsze skrzydła...

I tak bezpodstawnie w zestawieniu powinny się znaleźć wszystki filmy, których fabuła oparta jest na książkach Sparksa, a mianowicie 

Ostatnia piosenka
Z dość ciekawą kreacją Miley Cyrus. 


I wciąż ją kocham 

Bezpieczna przystań 

Szkoła uczuć

Szczęściarz 

Pamiętnik

Dodałabym jeszcze kilka innych filmów, które w jakiś sposób podbiły moje serce 

LOL

Księżna
I to film raczej nie do końca pasujący do kryteriów jakie przyjęłam, ale to nie zmienia faktu, że bardzo go lubię


Robin Hood książę złodziei
To nie żart. To jeden z niewielu filmów, które mi całkowicie poprawiają humor. 


A wy macie takie poprawiające humor filmy? A może książki? Piszcie śmiało. 








poniedziałek, 1 września 2014

"Anna i pocałunek w Paryżu"Stephanie Perkins



Paryż, Paryż...miłość i miłość. Te dwa słowa idą z sobą w parze już od bardzo dawna. Mam nawet wrażenie, że od chwili istnienia tego miasta zakochani przemierzali ciemne zakątki z marzeniem odnalezienia szczęścia. 
"Przecież chodzisz do kina, bo widzisz w filmach odbicie rzeczywistości."
Takie marzenie nie jest jednak priorytetem Anny, która znalazła się we Francji z zupełnie innego powodu niż większość nastolatek w jej wieku. Po przez zachłanność swoich rodziców i chęć pokazania jest skrawka świata, młoda dziewczyna trafia do miasta zakochanych w celach edukacyjnych. 
"Więc czego mam sobie życzyć? Czegoś, czego nie wiem, czy na pewno chcę? Kogoś, kto może wcale nie jest mi potrzebny? Czy kogoś, kogo nie mogę mieć? Chrzanić to. Niech los zdecyduje. Życzę sobie tego, co jest dla mnie najlepsze."
Nie byłam przekonana do tej powieści. Od razu rzuciła mi się tandetna okładka w oczy, ale że postanowiłam wyznawać zasadę "nie oceniaj książki po okładce" dałam się skusić. Dobrze.. skusiła mnie przede wszystkim promocyjna cena. 
"Wymykam się z pokoju i natychmiast wpadam na ścianę.Ups. To nie ściana, tylko chłopak."
Początkowo nie dałam się porwać autorce, ale później przepadła z kretesem. Paryż, Anna i miłość zaczęły mnie napełniać jakimś dziwnym ciepłem, które rozchodzi się do tej pory po moim ciele. 
Problem polega tylko na tym, że "Anna i pocałunek w Paryżu" przeczytałam dwa razy. Za pierwszym nasze spotkanie było bardzo owocne. Aż tak, że nie byłam w stanie nic napisać. Czasami książki nas przytłaczają i za nic nie jesteśmy w stanie wydobyć z siebie głosu. Kiedy minęła fala zachwytu i uwielbienia dla bohaterów, a zwłaszcza takiego jednego pana- S. Clair'a., postanowiłam spiąć się w sobie i dać jej kolejną szansę. Może nie szansę, bo przecież bardzo mi się podobała.. to była raczej szansa dla mnie na trzeźwe ocenienie całej powieści i napisanie recenzji
"Im lepiej wiesz, kim jesteś i czego chcesz, tym rzadziej pozwalasz, żeby coś wytrąciło cię z równowagi."
I wiecie co wam powiem? A nic wam nie powiem! Ot.. starałam się znaleźć wady. Banalność historii i jej lekkość początkowo zaliczyłam do wad, ale po dłuższym przemyśleniu stwierdziłam, że to one właśnie nadają cały urok książce, która bez nich nie byłaby taka sama. 
"Nie zawsze musisz sam rozwiązywać swoje problemy, wiesz? Właśnie po to ludzie zwierzają się przyjaciołom."

Historia Anny jest prosta. Można powiedzieć, że nawet dość schematyczna. Dziewczyna zmienia otoczenia, odnajduje przyjaciół i miłość, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że czyta się o tym naprawdę przyjemnie. A do tego ten niesamowity Paryż. Pachnące poranną kawą uliczki, piękni młodzi Francuzi i ona Amerykanka, z którą razem poznajemy uroki francuskiego miasta. 

Książka: "Anna i pocałunek w Paryżu"Stephanie Perkins wyd. Amber 2013